[41] Chata - William P. Young - książka, a film [Felieton z Niezależnym Ekspertem #2]


Ostatnio coraz częściej sięgam po książki, których w normalnych okolicznościach bym nie przeczytała. Kolejną taką pozycją, zaraz za książkami z gatunku young adult, przeczytaną już jakiś czas temu, jest „Chata” Williama P. Younga. Jako, że niecałe dwa lata temu wyszła ekranizacja Chaty, zapraszam Was na kolejną część Felietonu z Niezależnym Ekspertem, który wypowie się właśnie na temat filmu.


Wydawnictwo: Nowa Proza
Autor: William P. Young
Polski tytuł: Chata
Tytuł oryginału: The Shack
Data wydania: 23 kwietnia 2011 r.
Liczba stron: 300
Kategoria: literatura współczesna, literatura religijna
Premiera filmu: 10 marca 2017 r.
Moja ocena: 7/10
Ocena Eksperta: *brak oceny*

"Cause Jesus he knows me
And he knows I'm right
I've been talking to Jesus all my life
Oh yes he knows me
And he knows I'm right
And he's been telling me
Everything is alright"


Zabierając się za poniższą recenzję, przypomniałem sobie ten świetny kawałek grupy Genesis. Phil Collins poruszył w nim kwestię popularnej w Stanach Zjednoczonych ewangelizacji przez programy telewizyjne, natomiast ja opowiem Wam dziś co nieco o filmie "Chata", który w pewnym sensie "ewangelizował" widzów w kinach wiosną roku 2017.

Opisywany film miałem okazję obejrzeć niedługo po premierze, czyli trochę ponad rok temu. Ponieważ ludzka pamięć bywa zawodna, pozwolę sobie skoncentrować się raczej na własnych odczuciach, zamiast szczegółowo streszczać Ci, drogi Czytelniku, fabułę. Jeśli ktoś z Was liczył na coś więcej w tym względzie – z góry przepraszam i obiecuję w przyszłości przygotować się solidniej – oczywiście jeśli będzie mi dane gościć jeszcze kiedyś na łamach tego bloga.

Niedawno obchodziliśmy dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Myślę, że książka porusza ten trudny temat, jakim jest śmierć bliskiej osoby, że idealnie wpasowuje się w (jeszcze tlący się w nas) klimat tych świąt. Mackenzie przeżywa śmierć swojej najmłodszej córki Missy. Nie potrafi sobie z tym poradzić już od kilku lat, a i za jego żoną i pozostałą dwójką potomstwa chodzą duchy przeszłości. W pewnym momencie główny bohater dostaje zaproszenie do opuszczonej chaty, gdzie najprawdopodobniej zginęła jego córka. Zaproszenie nie jest zwyczajne, jest to zaproszenie od samego Boga.

Reżyser wziął na warsztat trudny temat, jakim jest utrata najbliższej osoby, żałoba, a może przede wszystkim umiejętność pogodzenia się z własnym losem oraz przebaczenia swoim winowajcom.

Czy da się poruszyć tak poważne kwestie unikając popadania w zbędny patos i banały? Zapewne tak. Natomiast według mnie ta sztuka nie do końca udała się twórcom "Chaty". Rozumiem, że ze względu na przyjętą konwencję typowego kina familijnego, całość musiała być "strawna" nawet dla młodszego, czy też mniej obytego widza. Choć, rzecz jasna, nie jest to propozycja odpowiednia dla całkiem najmłodszych odbiorców – w końcu mamy do czynienia z opowieścią z tragicznymi wydarzeniami w tle.

Niezwykłym jest, żebym tknęła książkę, która porusza religijne tematy, ale na wszystko znajdzie się wytłumaczenie. Mój ulubiony zespół nagrał piosenkę, która promowała film nakręcony na podstawie powieści. Poza tym patrzyłam na tę książkę bardziej pod kątem samego radzenia sobie z utratą bliskiego, niż pod względem wiary.


Co można powiedzieć o lekturze? Przede wszystkim to, że książka daje nadzieję. Jest napisana bardzo klimatycznie, wręcz bije od niej ciepło. Dziś bardzo rzadko spotyka się powieści takie, jak ta. Opisy miejsc, ludzi, emocji są tak żywe, że samemu można poczuć każdy zapach, usłyszeć każdy śmiech i odczuć niezgłębiony smutek. Potrzeba niezwykłych umiejętności, żeby aż tak poruszyć duszę człowieka. I William P. Young je ma.

"Uczucia to kolory duszy. 
Są cudowne i niezwykłe. 
Bez nich świat staje się bezbarwny i ponury."

Podczas seansu przeszkadzała mi sącząca się z ekranu słodycz - zwłaszcza w drugiej części filmu, kiedy to Mack obcuje ze Stwórcą. Swoją drogą ukazanie Świętej Trójcy jako przedstawicieli różnych płci i ras może być przez niektórych odebrane jako ukłon w stronę współczesnej, hollywoodzkiej poprawności politycznej.

Z mojego punktu widzenia właśnie ta różnica była ciekawym zabiegiem. Podejrzewam również, że gdyby wszyscy mieli ten sam kolor skóry, czegoś by mi brakowało zarówno w filmie jak i w książce.

To, co miało uczynić film bardziej przystępnym sprawiło, że jego odbiór był dla mnie nieco frustrujący. Główny bohater w wyniku nadprzyrodzonego kontaktu z Bogiem stopniowo odnajduje równowagę i wewnętrzny spokój. Uczy się żyć na nowo i dostrzega nadzieję oraz sens we własnej egzystencji. Brzmi pięknie i optymistycznie? Owszem. Ale, jak wspomniałem wyżej, całość jest według mnie zbyt banalna. Cała historia oraz sposób jej ukazania były dość naiwne, momentami wręcz "cukierkowe". "Chata" nie miała jednak ambicji, aby być głębokim traktatem filozoficznym, czy potencjalnym tematem do rozmów krytyków filmowych. Jeśli zasiądziemy do oglądania bez nadmiernie wygórowanych oczekiwań, powinniśmy uniknąć rozczarowania.

Jak z mojej strony wygląda porównanie książki do filmu? Tradycyjnie książka wygrywa, choć film również jest piękny na swój sposób. Tyle tylko, że ekranizację docenią bardziej osoby wierzące, a książkę mogą przeczytać również agnostycy i ateiści, jeśli na przykład będą patrzeć na treść pod takim kątem jak ja, lub wezmą ją za pokrzepiającą fantastykę. Chociaż autor zapewne nie do końca by tego chciał.

Niektóre z elementów są banalne, ale czytelnik w ogóle się nad nimi nie zastanawia. Nawet można stwierdzić, że takie proste zagranie było najlepszym wyjściem. Przykładem jest imię zaginionej córeczki Mackenziego – Missy. Samo słowo kryję za sobą czystość młodej dziewczynki i tęsknotę rodziny. Tak proste i zarówno niezwykle piękne.

Co do strony technicznej i gry aktorów – przyznam bez bicia, że nic z tych kwestii nie utkwiło mi w pamięci po tak długim czasie od seansu. Zapewne dlatego, że całość nie wyróżniała się specjalnie - ani pozytywnie, ani negatywnie.

Pomimo wspomnianych przeze mnie mankamentów, nie uważam, żeby "Chata" była kiepskim filmem. To po prostu kolejny, przeciętny przedstawiciel amerykańskiego kina z przesłaniem. Niewykluczone, że będzie w stanie przemówić do całkiem szerokiego grona widzów, zwłaszcza tych bardziej wrażliwych i otwartych na przeżycia religijne, czy w ogóle szerzej ujmując, metafizyczne.

Dlatego też, drogi Czytelniku, jeśli jesteś w lekko ckliwym nastroju, albo masz ochotę na film z optymistycznym zakończeniem, a przy tym nie przeszkadzają Ci wątki religijne w nieco przerysowanym wydaniu, śmiało możesz poświęcić około dwie godziny na wyprawę do tytułowej chaty wraz z Mackiem. 

Dodam od siebie jeszcze, że zarówno książka jak i film zasługują na to, aby dać im szansę. Można je poznać w obojętnej kolejności, niekoniecznie film dopiero po przeczytaniu książki. Być może ktoś odnajdzie w sobie wiarę po zapoznaniu się z tematem bliżej? Wszystko jest możliwe.

Natomiast jeśli uważasz się za konesera sztuki filmowej, a od oglądanych produkcji oczekujesz czegoś więcej niż tylko prostej, choć wzruszającej historii – polecam jednak pozostać przy Bergmanie i Tarkowskim.

Amen.

Dziękuję bardzo Niezależnemu Ekspertowi za kolejny Felieton.

28 komentarzy:

  1. Fajna forma postu, ja zostaje jednak przy książkach, rzadko mam czas na obejrzenie jakiegokolwiek filmu w całości więc sobie odpuszczam. Książkę od jakiegos czasu mam w planach, może wkrótce uda.mi się ją przeczytać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że chociaż do książki Cię "przekonaliśmy" :)

      Usuń
  2. Film raczej nie dla mnie, ale książka może być ciekawą odskocznią od cięższych tytułów, po jakie zazwyczaj sięgam :)

    // Aggi

    OdpowiedzUsuń
  3. To piękna, skłaniająca do przemyślen książka o odzyskiwaniu spokoju w spotkaniu z Bogiem. Modlitwa do istniejącego i tylko wyobrażalnego Boga nabiera wyjatkowego charakteru, kiedy spotyka Święt Trójce twarzą w twarz. Gorąco ją polecam i pozdrawiam. Gratuluję pomysłu na podwójna recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo chętnie przeczytam książkę i zobaczę film! Pozdrawiam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja raczej przeczytam tylko książkę.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tytuł książki jak i filmu kojarzę dzięki świetnemu utworowi Skillet. W końcu powinnam odłożyć Skillet i nadrobić zaległości w lekturze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie odkładam Skilleta <3 Chyba jestem od nich bardziej uzależniona niż od książek :)

      Usuń
  7. Czyli muszę przeczytać! A później obejrzeć. Świetny tekst, jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wydaje mi się jednak, że ta książka to niebardzo moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam książkę i oglądałam film. Lektura była naprawdę świetna :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam książkę i podobała mi się. Muszę obejrzeć film

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam, że przy okazji wypuszczenia filmu, wielu moich znajomych (którzy raczej nie są wielkimi miłośnikami książek) czytało "Chatę". Wtedy pomyślałam coś w stylu - "kurcze, ten film ma chyba w sobie to coś, bo przekonał ich do zapoznania się z książką". Niestety po dziś dzień go nie obejrzałam, po książkę też nie miałam okazji sięgnąć. Muszę w końcu to zmienić!
    A tak w ogóle to bardzo ciekawa recenzja, dopracowana w każdym calu, bardzo rozwinięta - takie właśnie lubię i zostanę na dłużej :)
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezwykle mi miło, że zostajesz u mnie dłużej <3 Dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
  12. Czytałam książkę jakiś rok temu, przyznam, że nie jest to łatwa lektura : taka metafizyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że kwestia podejścia. Mnie książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie, co widać po ocenie :)

      Usuń
  13. Pamiętam, jak po raz pierwszy wzięłam książkę do ręki ;) Czytałam i płakałam. Potem, kiedy się okazało, że będzie zekranizowana, a w dodatku jeden z utworów należy do mojego ulubionego zespołu, kupiłam i przeczytałam po raz drugi. Miałam te same odczucia, co przy pierwszym spotkaniu z autorem. Film oglądałam w kinie i z tego co pamiętam, dużo ludzi płakało ;) Nie zwróciłam uwagi na słodkie momenty w filmie ;) Za bardzo czekałam na Skilleta ;) Film ma w sobie jakąś magię, jakieś przesłanie, ale raczej po raz drugi go nie obejrzę. Nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że wzbudza we mnie zbyt dużo emocji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekałaś na Skilleta i się nie doczekałaś :D
      Jak ja byłam w kinie, to chyba nikt nie płakał. Albo dobrze się krył ;)

      Usuń

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger