[44] Martwa Natura - Louise Penny

[44] Martwa Natura - Louise Penny


Małe miasteczko, mała społeczność, trzy sosny i zbrodnia doskonała. Tymi słowami można całkiem dokładnie opisać treść książki. Ale kwintesencja tkwi dużo, dużo głębiej. Być może mroczne wydarzenia mają swój początek gdzieś głęboko w nas. Kiełkują powoli przez lata, w postaci złych emocji, by w końcu wyrosnąć do olbrzymich rozmiarów. I dopiero wtedy wychodzą z ukrycia.


Wydawnictwo: Poradnia K
Autor: Louise Penny
Polski tytuł: Martwa Natura/Martwy Punkt
Tytuł oryginału: Still Life
Data wydania: 28 luty 2018 r.
Liczba stron: 350
Kategoria: kryminał, thriller
Moja ocena: 7/10

„Martwa Natura”, znana również pod tytułem „Martwy Punkt”, pierwsza część serii o inspektorze Gamache, którą mogłam ocenić na przeciętną, ale czyta się ją z tak zapartym tchem, że nie mogłam tego zrobić.

„I właśnie gdy ujął w dłoń właściwą puszkę, czajnik zagwizdał. 
Nagła śmierć wymaga earl greya.”

W małym miasteczku Three Pines zdarza się niespodziewana śmierć powszechnie szanowanej staruszki. Jane Neal, emerytowana nauczycielka, spokojna kobieta, skryta malarka, która nikomu nie mogła wyrządzić żadnej krzywdy. Ale ktoś mógł tę krzywdę wyrządzić jej. I zadał jej śmierć w niecodzienny sposób, dosyć osobliwy – łukiem i strzałą. Przed inspektorem Gamache i jego nową praktykantką Nichol stoi nie lada wyzwanie, aby znaleźć sprawcę. Mieszkańcy tej małej mieściny nie będą im tego ułatwiać.

Dużym plusem tej powieści kryminalnej jest właśnie ta niecodzienna sprawa. Ile współczesnych książek traktuje o zabójstwie za pomocą łuku i strzał? Pewnie niewiele. Można powiedzieć, że właśnie przede wszystkim dlatego zdecydowałam się zrecenzować tę pozycję. Chciałam przełamać rutynę, odnaleźć coś zupełnie nowego. Kryminał mi na to pozwolił, nie mogłam się od niego oderwać.

Przez dłuższy czas myślałam, że książkę napisał mężczyzna. Moja niewiedza wynikała znów z nieczytania tylnej okładki. Ale gdy już zostałam uświadomiona, wszystkie elementy układanki złożyły się w całość. Żaden mężczyzna nie ująłby tak doskonale kobiecych emocji, ba, nawet by się o to nie pokusił. Poza tym język jest pięknie poetycki, można zaczytać się, tracąc świadomość otaczającego nas świata i czytać, i czytać, i czytać…

„Normalnie śmierć przychodzi nocą, zabiera człowieka we śnie, zatrzymując mu serce, albo łaskocze, aż ten rozbudzi się i da poprowadzić się straszliwym bólem głowy do łazienki, zanim tam skoczy na niego, zalewając mózg krwią. Czai się w zaułkach i na stacjach metra. Po zachodzie słońca ubrani na biało strażnicy odłączają wtyczki i zapraszają śmierć do sterylnych pokojów.

Ale wiejska śmierć przychodzi nieproszona, w ciągu dnia. Zabiera rybaków z ich łodzi. Łapie za kostkę kąpiące się dzieci. W zimie woła do nich z podnóża stoków zbyt trudnych do zdobycia na ich dopiero rozwijające się umiejętności i krzyżuje czubki ich nart. Wyczekuje na brzegu, gdzie do niedawna śnieg spotykał się z lodem, lecz teraz ukryta przed czyimkolwiek wzrokiem woda dotyka brzegu, a łyżwiarz zatacza krąg szerszy, niż zamierzał. Śmierć stoi w lesie o świcie i o zmroku, z łukiem i strzałą. W biały dzień ściąga samochody z drogi, z kołami boksującymi z furią w śniegu lub barwnych jesiennych liściach.”


Owszem, znalazłam kilka elementów, które nie współgrały z całością, ale myślę, że była to bardziej wina tłumaczenia. Mówiąc o zgrzytach mam na myśli, na przykład momenty, gdy wtrącone jest jakieś zdanie niewiadomego pochodzenia. Początkowo zastanawiałam się, czy to ja czytam zbyt pobieżnie, ale po kilku takich razach utwierdziłam się w przekonaniu, że ze mną jest wszystko w porządku.

W zasadzie jeśli chodzi o tę pozycję, nie mam już nic więcej do dodania. Całość jest napisana według znanego schematu, ale w pozytywnym znaczeniu. Plan jest nam znany, ale okoliczności są tak niecodzienne, że nie czujemy znużenia. O okładce też nie ma nic konkretnego do powiedzenia – klimatyczna, ładna, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym na plus, ani na minus. Jeden dodatni punkt daję w nadziei na kolejne pozytywne wrażenia w następnej części cyklu, którą już niedługo zaczynam.

„Martwa Natura” jest nie tylko dobrym kryminałem, ale też całkiem niezłym thrillerem psychologicznym. Wszystkie wydarzenia rozgrywające się w małej społeczności pozwalają nam zastanowić się nad naszą (martwą) naturą i odkryć tę ciemniejszą stronę, której nie chcemy wypuszczać na światło dzienne. Powieść bardzo dobra, choć pozostawia pewien niedosyt. W każdym razie polecam ją każdemu żądnemu emocji czytelnikowi.



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poradnia K.

[43] Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń - Chris Colfer

[43] Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń - Chris Colfer


„Pewnego dnia będziesz wystarczająco dorosła, by znów czytać baśnie” – tymi słowami C. S. Lewisa autor wprowadza nas w swoją całkiem nową, barwną baśń. Tylko co robi cytat o stawaniu się dorosłym w książce dla dzieci?


Wydawnictwo: Młodzieżówka
Autor: Chris Colfer
Polski tytuł: Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń
Tytuł oryginału: The Land of Stories. The Wishing Spell
Data wydania: 3 października 2018 r.
Liczba stron: 436
Kategoria: literatura młodzieżowa, baśnie, literatura dziecięca
Moja ocena: 9/10

Chris Colfer – 28-letni aktor, piosenkarz i pisarz. Przyznam, że gdy Wydawnictwo zaproponowało mi egzemplarz do recenzji, zachwalając pod niebiosa tego młodego artystę, pierwszym co pomyślałam było: „a kto to w ogóle jest?”. Okazuje się, że autor „Krainy Opowieści” podbija serca mężczyzn i kobiet (bezowocnie) dzięki roli w serialu musicalowym Glee. Jedyny wniosek jaki mi się w tym momencie nasuwa, jest taki, że mam wiele rzeczy do nadrobienia.

„Pewnego razu, dawno temu... - powiedziała pani Peters 
do swoich szóstoklasistów. - to najbardziej magiczne słowa, 
jakie kiedykolwiek znał nasz świat. 
Otwierają bramę do najważniejszych historii, jakie kiedykolwiek opowiedziano. 
Stanowią wezwanie dla każdego, kto je usłyszy, wezwanie do świata, 
w którym każdy jest mile widziany i w którym wszystko może się zdarzyć. 
Myszy mogą się przemienić w ludzi, służące zostają księżniczkami, 
a z tych perypetii wynikają cenne morały.”

„Zaklęcie Życzeń” jest pierwszą częścią baśniowego cyklu, a ja już nie mogę doczekać się następnej książki. Poznajemy dwójkę bohaterów – rodzeństwo, a dokładniej bliźnięta – Alex i Connera, których życie przypomina koszmar. W krótkim czasie musieli dorosnąć, zostali półsierotami i stracili dom z ogrodem idealnie przystosowanym do zabawy. Dla ich młodych serc jest to najgorsze, dotąd poznane uczucie. W tym momencie od babci dostają niezwykły prezent, jakim są baśnie Andersena i braci Grimm w jednej, ogromnej, starej księdze. Żadne z nich nie przeczuwa, że prezent może stać się bardziej niezwykły niż sądzą.

"Alicja trafiła do Krainy Czarów po tym jak wpadła do króliczek nory. 
Domek Doroty został zgarnięty przez tornado, które zrzuciło ją w krainie Oz. 
Dzieciaki z cyklu o Narnii przeniosły się tam wchodząc do starej szafy... 
A my trafiliśmy do baśniowej krainy wskazując do książki. - chcę tylko powiedzieć że to trochę lipa 
w porównaniu z tamtymi historiami. 
Ciekawe czy istnieje jakaś grupa wsparcia dla takich osób jak my? 
No wiesz, dla ludzi którzy przypadkowo trafili do obcego wymiaru czy coś w tym guście...”


Podczas czytania miałam wiele skojarzeń z innymi dziełami. Alicja w Krainie Czarów, Czarnoksiężnik z Krainy Ozz, Narnia, Harry Potter, Mała Syrenka, nawet Czysta Krew i wiele, wiele innych przewijały się bez przerwy w mojej głowie. Pomijając postacie występujące w tej powieści, czyli prawie wszystkie księżniczki, wróżki i czarne charaktery, Chris naprawdę utworzył cudowny nastrój. Chodzi właśnie o ten klimat. Każdy z nas może sobie przypomnieć, jak się czuł w dzieciństwie zagłębiając się w bajkowy świat. Tak właśnie poczułam się przy tej książce mając ponad 20 lat.

Zastanawiało mnie tylko jedno. Bohaterowie trafiają za pomocą księgi do innego świata. Krainy, którą znają od najmłodszych lat z opowieści. Już w tak młodym wieku stają na zakręcie życia i mogłoby się wydawać, że trafienie w samo centrum baśni będzie dla nich cudowną odskocznią. Ale nawet Alex, która niezmiernie cieszy się z okazji do osobistego poznania swoich idolek księżniczek od razu chce się stamtąd wydostać. To dosyć niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że są w wieku jakichś 11 lat, więc nie mają jeszcze wykształconego logicznego myślenia. Conner był prowodyrem w kontekście opuszczenia Krainy Opowieści, a to on był tym bardziej niegrzecznym z rodzeństwa. Skąd więc to przekonanie?

Z bardziej technicznych spostrzeżeń – kilka razy zdarzyło się, że zdania były powtórzone. Raz było dosłownie skopiowane i wklejone, a następnym razem było zdanie z tym samym sensem, a przestawionym szykiem. To były sporadyczne sytuacje, ale jak najbardziej zauważalne. Tłumaczenie też trochę przysnęło, bo niektóre nazwy własne były przetłumaczone dosłownie, a my znamy je pod innymi nazwami. Miałam wrażenie, jakby tłumacz w ogóle nie znał baśni.

Nad okładką mogłabym się rozpisywać i rozpisywać. Jest niezwykła. Baśniowa, klimatyczna, barwna i bardzo mi się podoba. Złota obwoluta wokół poszczególnych elementów nadaje jej elegancji. Z ciekawości zajrzałam do internetu, żeby sprawdzić jak będą wyglądały następne części i to był błąd. Chcę je mieć już teraz. Wracając do pierwszej części – miłym zaskoczeniem było, że w paczce zastałam książkę z twardą oprawą. Ta zielona okładka dodaje wytworności, a grubość sprawia, że będzie w idealnym stanie jeszcze przez wiele lat, choćbym czytała ją co miesiąc. Uwielbiam kiedy ilustracje na zewnątrz pokrywają się z wnętrzem. Księżniczki, żaba, zamki, wróżki, a nawet tak mało rzucające się w oczy elementy jak jabłka, wrzeciono czy chatka z piernika, jak najbardziej pokrywają się z treścią. Ktoś, kto projektował tę okładkę odwalił kawał dobrej roboty.

Jak to zawsze ma w zwyczaju Papierowy Księżyc (choć tym razem pod nazwą Wydawnictwo Młodzieżówka) dostałam „list” z poleceniem książki. Naprawdę zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że każdy z tych listów zarówno zawiera prawdę jak i nie mówi wszystkiego. Te krótkie zapowiedzi są jedynie przedsmakiem tego, co spotkamy wewnątrz każdej z powieści.

Każda baśń zawiera morał. Dzięki tej baśni możemy dowiedzieć się, że za każdym złem kryje się zło wyrządzone komuś innemu. Nikt nie rodzi się zły, to wydarzenia sprawiają, że z czasem stajemy się źli, być może nie widzimy innego wyjścia. Nie możemy nikogo oceniać nie znając jego historii. Nie chcę robić tu spoilerów i bardzo chciałabym żebyście sami przeczytali tę książkę, dlatego resztę przemyśleń zostawiam Wam.

"(...) ci źli to zwykle po prostu ludzie, których okoliczności uczyniły złymi."

Jak dotąd ta książka jest najlepszą z przeczytanych w tym roku. Do niedawna myślałam, że wygra „Kredziarz”, ale nic nie może się równać z pięknem zawartym w tej powieści. Niesamowicie było wrócić myślami do lat dziecięcych, spotkać się znów ze starymi przyjaciółmi i zobaczyć jak sobie radzą po tylu latach. Pośród zdań krąży magia. Chris Colfer może stać się niebawem kolejnym Hansem Andersenem. I popieram to całym sercem.



Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka. 

[42] Cudze chwalicie, swego nie znacie - 10 polskich autorów na 100-lecie Niepodległości

[42] Cudze chwalicie, swego nie znacie - 10 polskich autorów na 100-lecie Niepodległości


We wszystkich mediach przewija się temat dzisiejszego święta. Nic dziwnego - jest to szczególny dzień, dlatego ja również zamierzam go uczcić. Chciałam Wam przedstawić listę 10 polskich autorów, którzy według mnie wyróżniają się w jakiś sposób na tle rodzimej literatury.


1.
Polska fantastyka młodzieżowa:

Katarzyna Berenika Miszczuk – nic dziwnego, w żadnym moim zestawieniu nie może zabraknąć Pani Miszczuk. Moja najulubieńsza polska autorka. Zachwyciła mnie serią o Wiktorii Biankowskiej i wiem, że zachwyci Kwiatem Paproci, który już czeka u mnie na półce. Nie umiem sobie wyobrazić, żebym zawiodła się na jej twórczości.

2.
 Polska fantastyka męska:

Andrzej Sapkowski – nie każdy zgadza się z podziałem na fantastykę „kobiecą” i „męską”, ale każdy zgodzi się, że w tej drugiej kategorii Sapkowski jest królem. Ma swoje humorki, ale Wiedźmin podbił świat i serca zdecydowanej większości czytelników. Nic więc dziwnego, że reprezentuje "swój" gatunek literacki w ten szczególny dzień.

3.
Polska fantastyka/horror kobiecy:

K. C. Hiddenstorm – jak dotąd pisarka, która nie ma sobie równych w fuzjach gatunków. Spokojnie może stawać w szranki z zagranicznymi kolegami po fachu. Niczego jej nie brakuje, każda książka czymś nas zaskakuje. W tym tygodniu do mojej biblioteczki dołączył „Krwawy Księżyc” i nie mogę się go doczekać. Uwielbiam cięty język w literaturze i wiem, że od Kariny go dostanę. 

4.
Polski thriller:

Jakub Żulczyk – młody pisarz, którymi swoimi książkami zaskakuje nawet największego mola książkowego. W swojej głowie ma mnóstwo niebanalnych pomysłów i świetnie sobie radzi z przeniesieniem ich na papier. Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z twórczością tego Polaka, to serdecznie polecam. 

5.
Polski kryminał:

Zygmunt Miłoszewski – w tej kategorii ciężko było mi znaleźć kogokolwiek, ale myślę, że Zygmunt Miłoszewski jest dobrym wyborem. Sam fakt, że jego powieści zostały przeniesione na ekrany, mówi już wiele. Jak dotąd dane mi było przeczytać jedynie „Ziarno prawdy”, ale z chęcią sięgnę po kolejne jego utwory.

6.
Polski reportaż:

Justyna Kopińska – kobieta, która zdecydowanie podbija teraz rynek książkowy w kategorii reportażu. Jeśli ktoś z Was lubi wstrząsające historie, to twórczość tej autorki jest dla Was idealna. Ma na swoim koncie trzy własne publikacje, z których każda odbiła się szerokim echem w opinii publicznej.
7.
Polski romans:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk – nie czytam romansu, ale tę autorkę zapamiętałam jeszcze z młodzieńczych lat. Nie wiem nawet, czy można ją przypisać konkretnie tylko do tego gatunku, ale jest ona osobą, która najbardziej tu pasuje spośród znanych mi polskich autorów. Ja jako nastolatka czytałam serię „Tylko dla dziewczyn”, w kanonie której występują również książki Pani Małgorzaty, a moja mama uwielbia „Cukiernię pod Amorem”. 

8.
Polska klasyka:

Bolesław Prus – znany również jako Aleksander Głowacki. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Ja polubiłam „Lalkę” i „Katarynkę”, a „Kamizelkę” wręcz ubóstwiam. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z polską klasyką, a nie polubił się z Mickiewiczem lub Sienkiewiczem, to może spróbować szczęścia z Prusem w rękach. 

9.
Polska poezja:

Wisława Szymborska - tutaj można by wymienić kilku wspaniałych poetów, ale Wisława znalazła się tutaj nie tylko jako pisarka, ale również jako kobieta. Otrzymała wiele szczególnych wyróżnień, a jej wiersze trafiły na scenę muzyczną. „Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”, nie będzie drugiej takiej poetki jak Szymborska. 

10.
Polska powieści dla dzieci:

Krystyna Siesicka – niecodzienny wybór, wiem. Każdy pomyślałby pewnie najpierw o Tuwimie, albo Brzechwie. Ale ich zna każdy, a ja jako dziecko uwielbiałam książki Krystyny Siesickiej. Najbardziej w pamięć zapadły mi powieści pod tytułem "Woalki" i "Zapałka na zakręcie". Nie wiem, czy książki są jeszcze gdzieś dostępne w sprzedaży, ale chętni na pewno znajdą je w bibliotece. 

Można by równie dobrze wymienić tutaj polskich sportowców, polskich naukowców, aktorów, artystów czy polityków. Ja stawiam zdecydowanie na naszą polską literaturę. Przyznajcie, że nikt nie może się równać z naszymi pisarzami, a mamy ich wielu co najmniej tak doskonałych jak ci wymienieni wyżej.

A jakie są Wasze typy do tych kategorii? Jakich polskich autorów polecacie? Które ich książki warto przeczytać? 


[41] Chata - William P. Young - książka, a film [Felieton z Niezależnym Ekspertem #2]

[41] Chata - William P. Young - książka, a film [Felieton z Niezależnym Ekspertem #2]


Ostatnio coraz częściej sięgam po książki, których w normalnych okolicznościach bym nie przeczytała. Kolejną taką pozycją, zaraz za książkami z gatunku young adult, przeczytaną już jakiś czas temu, jest „Chata” Williama P. Younga. Jako, że niecałe dwa lata temu wyszła ekranizacja Chaty, zapraszam Was na kolejną część Felietonu z Niezależnym Ekspertem, który wypowie się właśnie na temat filmu.


Wydawnictwo: Nowa Proza
Autor: William P. Young
Polski tytuł: Chata
Tytuł oryginału: The Shack
Data wydania: 23 kwietnia 2011 r.
Liczba stron: 300
Kategoria: literatura współczesna, literatura religijna
Premiera filmu: 10 marca 2017 r.
Moja ocena: 7/10
Ocena Eksperta: *brak oceny*

"Cause Jesus he knows me
And he knows I'm right
I've been talking to Jesus all my life
Oh yes he knows me
And he knows I'm right
And he's been telling me
Everything is alright"


Zabierając się za poniższą recenzję, przypomniałem sobie ten świetny kawałek grupy Genesis. Phil Collins poruszył w nim kwestię popularnej w Stanach Zjednoczonych ewangelizacji przez programy telewizyjne, natomiast ja opowiem Wam dziś co nieco o filmie "Chata", który w pewnym sensie "ewangelizował" widzów w kinach wiosną roku 2017.

Opisywany film miałem okazję obejrzeć niedługo po premierze, czyli trochę ponad rok temu. Ponieważ ludzka pamięć bywa zawodna, pozwolę sobie skoncentrować się raczej na własnych odczuciach, zamiast szczegółowo streszczać Ci, drogi Czytelniku, fabułę. Jeśli ktoś z Was liczył na coś więcej w tym względzie – z góry przepraszam i obiecuję w przyszłości przygotować się solidniej – oczywiście jeśli będzie mi dane gościć jeszcze kiedyś na łamach tego bloga.

Niedawno obchodziliśmy dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Myślę, że książka porusza ten trudny temat, jakim jest śmierć bliskiej osoby, że idealnie wpasowuje się w (jeszcze tlący się w nas) klimat tych świąt. Mackenzie przeżywa śmierć swojej najmłodszej córki Missy. Nie potrafi sobie z tym poradzić już od kilku lat, a i za jego żoną i pozostałą dwójką potomstwa chodzą duchy przeszłości. W pewnym momencie główny bohater dostaje zaproszenie do opuszczonej chaty, gdzie najprawdopodobniej zginęła jego córka. Zaproszenie nie jest zwyczajne, jest to zaproszenie od samego Boga.

Reżyser wziął na warsztat trudny temat, jakim jest utrata najbliższej osoby, żałoba, a może przede wszystkim umiejętność pogodzenia się z własnym losem oraz przebaczenia swoim winowajcom.

Czy da się poruszyć tak poważne kwestie unikając popadania w zbędny patos i banały? Zapewne tak. Natomiast według mnie ta sztuka nie do końca udała się twórcom "Chaty". Rozumiem, że ze względu na przyjętą konwencję typowego kina familijnego, całość musiała być "strawna" nawet dla młodszego, czy też mniej obytego widza. Choć, rzecz jasna, nie jest to propozycja odpowiednia dla całkiem najmłodszych odbiorców – w końcu mamy do czynienia z opowieścią z tragicznymi wydarzeniami w tle.

Niezwykłym jest, żebym tknęła książkę, która porusza religijne tematy, ale na wszystko znajdzie się wytłumaczenie. Mój ulubiony zespół nagrał piosenkę, która promowała film nakręcony na podstawie powieści. Poza tym patrzyłam na tę książkę bardziej pod kątem samego radzenia sobie z utratą bliskiego, niż pod względem wiary.


Co można powiedzieć o lekturze? Przede wszystkim to, że książka daje nadzieję. Jest napisana bardzo klimatycznie, wręcz bije od niej ciepło. Dziś bardzo rzadko spotyka się powieści takie, jak ta. Opisy miejsc, ludzi, emocji są tak żywe, że samemu można poczuć każdy zapach, usłyszeć każdy śmiech i odczuć niezgłębiony smutek. Potrzeba niezwykłych umiejętności, żeby aż tak poruszyć duszę człowieka. I William P. Young je ma.

"Uczucia to kolory duszy. 
Są cudowne i niezwykłe. 
Bez nich świat staje się bezbarwny i ponury."

Podczas seansu przeszkadzała mi sącząca się z ekranu słodycz - zwłaszcza w drugiej części filmu, kiedy to Mack obcuje ze Stwórcą. Swoją drogą ukazanie Świętej Trójcy jako przedstawicieli różnych płci i ras może być przez niektórych odebrane jako ukłon w stronę współczesnej, hollywoodzkiej poprawności politycznej.

Z mojego punktu widzenia właśnie ta różnica była ciekawym zabiegiem. Podejrzewam również, że gdyby wszyscy mieli ten sam kolor skóry, czegoś by mi brakowało zarówno w filmie jak i w książce.

To, co miało uczynić film bardziej przystępnym sprawiło, że jego odbiór był dla mnie nieco frustrujący. Główny bohater w wyniku nadprzyrodzonego kontaktu z Bogiem stopniowo odnajduje równowagę i wewnętrzny spokój. Uczy się żyć na nowo i dostrzega nadzieję oraz sens we własnej egzystencji. Brzmi pięknie i optymistycznie? Owszem. Ale, jak wspomniałem wyżej, całość jest według mnie zbyt banalna. Cała historia oraz sposób jej ukazania były dość naiwne, momentami wręcz "cukierkowe". "Chata" nie miała jednak ambicji, aby być głębokim traktatem filozoficznym, czy potencjalnym tematem do rozmów krytyków filmowych. Jeśli zasiądziemy do oglądania bez nadmiernie wygórowanych oczekiwań, powinniśmy uniknąć rozczarowania.

Jak z mojej strony wygląda porównanie książki do filmu? Tradycyjnie książka wygrywa, choć film również jest piękny na swój sposób. Tyle tylko, że ekranizację docenią bardziej osoby wierzące, a książkę mogą przeczytać również agnostycy i ateiści, jeśli na przykład będą patrzeć na treść pod takim kątem jak ja, lub wezmą ją za pokrzepiającą fantastykę. Chociaż autor zapewne nie do końca by tego chciał.

Niektóre z elementów są banalne, ale czytelnik w ogóle się nad nimi nie zastanawia. Nawet można stwierdzić, że takie proste zagranie było najlepszym wyjściem. Przykładem jest imię zaginionej córeczki Mackenziego – Missy. Samo słowo kryję za sobą czystość młodej dziewczynki i tęsknotę rodziny. Tak proste i zarówno niezwykle piękne.

Co do strony technicznej i gry aktorów – przyznam bez bicia, że nic z tych kwestii nie utkwiło mi w pamięci po tak długim czasie od seansu. Zapewne dlatego, że całość nie wyróżniała się specjalnie - ani pozytywnie, ani negatywnie.

Pomimo wspomnianych przeze mnie mankamentów, nie uważam, żeby "Chata" była kiepskim filmem. To po prostu kolejny, przeciętny przedstawiciel amerykańskiego kina z przesłaniem. Niewykluczone, że będzie w stanie przemówić do całkiem szerokiego grona widzów, zwłaszcza tych bardziej wrażliwych i otwartych na przeżycia religijne, czy w ogóle szerzej ujmując, metafizyczne.

Dlatego też, drogi Czytelniku, jeśli jesteś w lekko ckliwym nastroju, albo masz ochotę na film z optymistycznym zakończeniem, a przy tym nie przeszkadzają Ci wątki religijne w nieco przerysowanym wydaniu, śmiało możesz poświęcić około dwie godziny na wyprawę do tytułowej chaty wraz z Mackiem. 

Dodam od siebie jeszcze, że zarówno książka jak i film zasługują na to, aby dać im szansę. Można je poznać w obojętnej kolejności, niekoniecznie film dopiero po przeczytaniu książki. Być może ktoś odnajdzie w sobie wiarę po zapoznaniu się z tematem bliżej? Wszystko jest możliwe.

Natomiast jeśli uważasz się za konesera sztuki filmowej, a od oglądanych produkcji oczekujesz czegoś więcej niż tylko prostej, choć wzruszającej historii – polecam jednak pozostać przy Bergmanie i Tarkowskim.

Amen.

Dziękuję bardzo Niezależnemu Ekspertowi za kolejny Felieton.

[40] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w październiku [#1]

[40] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w październiku [#1]



Zaczynamy dziś nową serię na blogu pod tytułem „Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam”. Będą to cykliczne, comiesięczne wpisy, w których znajdzie się pięć podpunktów. Na pewno pośród nich będzie co najmniej jedna recenzja z innego bloga, co najmniej dwa posty okołoksiążkowe również z innych blogów i opis nowości z danego miesiąca, którą posiadam lub chciałabym posiadać, a jeśli coś wystarczająco mnie zaciekawi, to pojawi się również post niezwiązany lub luźno związany z literaturą.

Wpadłam na ten pomysł zupełnie spontanicznie. Widząc ile ostatnio jest wrogości w blogosferze książkowej, postanowiłam to choć trochę zmienić. Przynajmniej z mojej strony. Bo czemu by nie promować kolegów i koleżanek po fachu, jeśli stwierdzę, że to, co stworzyli jest naprawdę warte polecenia? Być może, gdy ja „pomogę” im, to oni kiedyś pomogą komuś innemu?


1.  BOOKENDORFINA – nienasycenie czytelnicze w recenzji Upiornej Opowieści Petera Strauba


Recenzowana książka miała trafić do czwartego podpunktu, ale opinia bardzo mi się spodobała.
Izabela pisze: Wreszcie, po wielu tygodniach czytania różnorodnych książek, doczekałam się takiej, które w pełni spełniła pokładane w niej nadzieje, a nawet więcej, bo w życiu bym nie pomyślała, że to horror spotka się z tak wysokim uznaniem. Wyśmienicie przemyślany, wielowątkowo rozbudowany, rewelacyjnie podany, koszmarny, ale nie w bezpośredni sposób, lecz odwołujący się do wyobraźni czytelnika.” I ja to kupuję.


2. Liczy się Wynik o tym „Jak czytać więcej książek”


Możemy tu przeczytać jak czytać szybciej, efektywniej i w ogóle po co czytać książki? Ten artykuł co prawda jest jeszcze z września, ale ja wpadłam na niego dopiero w październiku. Autor przedstawia nam kilka ciekawych sposobów na znalezienie czasu na czytanie większej ilości książek. Doprawdy interesujący materiał dla każdego książkoholika maniaka.


3. Niestatystyczny i artykuł pod tytułem „Gromadzisz więcej książek niż jesteś w stanie przeczytać? Dobrze, świadczy to o twojej mądrości.”


W pewnością każdy, kto czyta ten wpis odetchnie teraz z ulgą – jesteśmy geniuszami! Oskar Grzelak tłumaczy nam na przykładzie spostrzeżeń Nassima Nicholasa Taleba, że istnieje duże prawdopodobieństwo naszego większego ilorazu inteligencji w stosunku do reszty społeczeństwa. Jeśli tak jak ja cierpicie na silną odmianę tsundoku, to zapraszam do przeczytania artykułu z linku.


4. K. C. Hiddenstorm – „Krwawy księżyc”


Każde marzenie może stać się koszmarem. Każdy człowiek może stać się potworem.
Victoria Page i Thomas Wilde są małżeństwem światowej sławy pisarzy. Gdy Thomas oznajmia żonie, że zamierza wydać swój pierwszy kryminał, kobietę ogarnia nieuzasadniony niepokój.
Księżycowy zabójca szybko staje się bestsellerem. W tym samym czasie Victoria zauważa dziwne zmiany w zachowaniu partnera. Kobietę zaczynają nękać koszmary, w których doświadcza śmierci z rąk własnego męża.
Niedługo po premierze powieści w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca, który naśladuje zabójcę wykreowanego przez Thomasa. Victoria zaczyna nabierać podejrzeń, że człowiek z którym dzieli życie, jest bardzo niebezpieczny.



5.  Na Ekranie z obsadą Wiedźmina


Tego linku raczej nikomu nie trzeba wyjaśniać. Cały internet wypełniony jest newsami na temat nowego serialu Netflixa. Dyskusje są burzliwe, jeden aktor pasuje, drugi nie. Na naekranie.pl możemy zobaczyć przejrzyście rozpisaną obsadę wraz ze zdjęciami.
____________________________________________

Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o linkach i o moim pomyśle na nową serię postów! A może podchwycicie ten pomysł i zrobicie coś w podobnym stylu na swoich blogach? Czekam na wszystko z niecierpliwością.


[39] Nieodgadniony - Maureen Johnson

[39] Nieodgadniony - Maureen Johnson


„Nieodgadniony” to pierwsza część kryminalnej trylogii dla młodzieży. I chociaż zawsze boję się sięgać po pozycje z gatunku young adult, z obawy przed kolejną kopią Igrzysk Śmierci czy Zmierzchu, to za tę niebieską książeczkę nie wahałam się zabrać nawet przez moment. Czy żałuję? Myślę, że nie. Czy było warto? Zaraz się przekonacie.


Wydawnictwo: Poradnia K
Autor: Maureen Johnson
Polski tytuł: Nieodgadniony
Tytuł oryginału: Truly Devious
Data wydania: 23 maja 2018 r.
Liczba stron: 480
Kategoria: kryminał, literatura młodzieżowa
Moja ocena: 7/10

Akcja książki toczy się w Akademii Ellinghama, do której uczęszczają szczególnie uzdolnieni młodzi ludzie. Do tej elitarnej grupy należy między innymi Stivie Bell – nastolatka fascynująca się zbrodnią. Celem dziewczyny jest zbadanie morderstwa z przeszłości. Niestety jej plany zostają zniweczone przez kolejne mroczne zdarzenia.

Bardzo podobało mi się, że autorka nałożyła na siebie dwie sprawy kryminalne. Niezwykle umiejętnie przeplotła ze sobą oba zdarzenia, które jak sądzę, mają ze sobą trochę wspólnego. Nic nie miało prawa uciec czytelnikowi szczególnie dzięki powrotom do przeszłości. Fajnym zabiegiem było opisanie krok po kroku wydarzeń z 1936 roku, kiedy miało miejsce pierwsze morderstwo Nieodgadnionego (bo tak właśnie przedstawia się nam zbrodniarz). Urozmaicenie teraźniejszości przeszłością było, moim zdaniem, trafną koncepcją, ale autorka chciała momentami zrobić za dużo. Nie wszystko, co zostało napisane w kryminale jest jasne, nie wszystko zostało wytłumaczone, ale składam to na karb tego, że to pierwsza część trylogii i w kolejnych tomach będzie okazja na wyjaśnienia.

Stivie poczuła się głupio, 
tak jakby miała się przed nimi popisywać jak pies, który potrafi obsługiwać iPada. 
Z drugiej strony miała wreszcie publiczność ciekawą jej ulubionego tematu - co zaskoczyło ją 
i wprawiło w świetny nastrój. 
Przygrzewało słońce, trawa była sprężysta, a na dodatek gdzieś tutaj popełniono zbrodnię.

Moja obawa co do kopiowania motywów z innych książek była bardzo uzasadniona. W tej pozycji również znalazłam wiele nawiązań do Harrego Pottera, ale z czystym sercem mogę powiedzieć, że były bardzo subtelne. Prawdziwy Potterhead zauważy je od razu wszystkie, ale ktoś, kto nie potrafi z marszu opisać najmniejszych szczegółów w świecie magii, nawet się nie zorientuje. Wielu z Was zapewne może się po tym stwierdzeniu zniechęcić. Nawet ja, mimo całej miłości do HP, nie lubię znajdywać w książkach „kradzieży” z tamtego świata. W tym wypadku to nie było jakieś ostentacyjne, więc jak najbardziej przymrużam oko. Równie dobrze mógł być to zwyczajny zbieg okoliczności, a i wraz z biegiem czasu miałam coraz mniej skojarzeń.

Sama treść powieści jest interesująca. Zadziwia tajemniczością, jak na młodzieżówkę. Za to - jak na young adult przystało – bawi humorem. Ale jak na kryminał pozostawia wiele do życzenia. Kilku rzeczy można było domyślić się już w trakcie czytania, a reszta była albo niewiele znacząca, albo pozostawiona do wyjaśnienia w następnych częściach. Zakończenie otwiera kolejne furtki, tylko są one dosyć miałkie. Musimy czekać, nawet nie wiadomo jak długo, na kontynuację, w zasadzie nie będąc aż tak bardzo zaintrygowanym. Oczywiście dam szansę kolejnym częściom trylogii lecz nie czekam na nie z niecierpliwością.

Pomijając wnętrze, muszę powiedzieć, że wydanie mogłoby być lepsze. Okładka nijaka, a kartki zaczynają się rozklejać po jednym czytaniu. Jeśli dobrze pamiętam, stan wydania ratuje okładka ze skrzydełkami, które amortyzują zniszczenia. Tylko dzięki temu książka może później prezentować się w miarę dostojnie na półce.

Książka dostaje ode mnie 7/10, ponieważ miło spędziłam przy niej czas, szybko się ją czytało i widzę spory potencjał, który może objawić się w kolejnych częściach trylogii. Nie jest to mistrzostwo świata, ale przyznajmy szczerze – to dopiero pierwsza część i akcja nie miała kiedy ruszyć na dobre. Duże nadzieje pokładam w zdolnościach autorki, którą udało mi się już wcześniej poznać w Kronikach Bane’a (link do opinii) i czekam na kontynuację.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poradnia K.



[38] Przypadki pani Eustaszyny - Maria Ulatowska

[38] Przypadki pani Eustaszyny - Maria Ulatowska


Typowy trójkąt miłosny, czyli kobieta rozdarta między grzecznym chłopcem, a nieokrzesanym macho. Standardowa babska książka i stereotypowa historia dla kobiet, które w życiu nie czekają już na nic więcej. Oraz… Jedna szurnięta osiemdziesięciolatka.


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Autor: Maria Ulatowska
Tytuł oryginału: Przypadki pani Eustaszyny
Data wydania: 20 marca 2012 r.
Liczba stron: 424
Kategoria: literatura współczesna
Moja ocena: 7/10

Dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę? Zupełnie przypadkowo w rozmowie ze znajomą wyszło, że książka jest bardzo podobna do „Kim, do diabła, jest Anita” (link), więc zapragnęłam to sprawdzić. Na pewno nie byłam rozczarowana. Opowieść o zwariowanej Eustaszynie wygrywa z książką Wandy Szymanowskiej swoją objętością. Dla mnie książki poniżej 350 stron w zasadzie nie istnieją. Natomiast jeśli brać pod uwagę treść, to faktycznie widzę wiele podobieństw. Pod tym względem żadna z nich nie może wygrać, bo każda ma w sobie coś ciekawego.

W tej ponad czterystustronicowej książce czytamy o perypetiach szalonej osiemdziesięciolatki Eustaszyny, a w zasadzie Jadwigi Krzewicz – Zagórskiej (bo takie jest jej prawdziwe imię i nazwisko) oraz bratanicy jej męża - Marcelinki. Dla starszej pani nie ma rzeczy niemożliwych. Załatwienie sobie wizyty u lekarza przez samą panią minister? Pestka. Obrót nieruchomościami? To dla niej drobiazg. A może podróż do domu swojego idola Adama Małysza? Bez wątpienia nasza zwariowana bohaterka zrobi to bez mrugnięcia okiem. Do tego stoi przed nią ważne zadanie, które jak możecie się już domyślić, sama przed sobą postawiła. Musi wybrać partnera godnego Marcelinki.



„Ale bardzo chciałbym cię zobaczyć. Dasz się zaprosić na kolację? – zapytał. 
Tylko nie myśl, że mam kosmate myśli, 
choć może i mam – ale chciałbym sam tę kolację dla ciebie przyrządzić u mnie w domu. 
Przysięgnę, jeśli chcesz, że się na ciebie nie rzucę. 
Tylko cię nakarmię.”  

Wśród tych mniej lub bardziej niecodziennych wydarzeń upływa nam cała treść. Kobiet takich, jak pani Eustaszyna nie ma, to pewne. Ale czy to przeszkadza nam w lekturze? Ani trochę! Świetna fikcja literacka okraszona mnóstwem humoru. Można by się tutaj przyczepić do jednolitego sposobu wypowiedzi bohaterów. Nieważne, czy była to staruszka, dojrzała kobieta, młody mężczyzna, czy jeszcze inny zwyczajny przechodzień, wszyscy wyrażali się łudząco podobnie. I tak jak mówię, można by się do tego przyczepić. Ale po co niszczyć sobie obraz całości jakimiś niuansami? Nic nam po tym, że będziemy narzekać na styl autorki, skoro i tak nic tym nie zmienimy. A pomijając właśnie dialogi, gdzie czujemy jakby postacie rozmawiały z lustrem, nie ma niczego innego, rażącego, o czym warto by mówić.

Zdarzało się też, że czytelnik mógł mieć odrobinę zagmatwany umysł. Chwilami można było zauważyć panujący w książce chaos. Autorka bowiem, pisząc książkę, chyba zapominała o niektórych już nam przybliżonych tematach i trafiały się powtórzenia lub zmieniały się fakty. Ale nawet to raptem nieznacznie wpłynęło na moją opinię.

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o okładce. Bardzo kobieca, ale w zasadzie zupełnie niezwiązana z treścią, co dla mnie jest nie do przyjęcia. Normalnie nawet bym nie spojrzała na tak oprawione dzieło. Wolę raczej mroczniejsze klimaty, ale najważniejsze jest przecież wnętrze. W tym wypadku powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce” jest jak najbardziej adekwatne.

Cieszę się, że przeczytałam coś, po co zwykle nie sięgam, bo wrażenia czytelnicze wywołane przez lekturę były mi dotąd nieznane. Miło było oderwać się od obowiązków i poczytać coś na luzie, kompletnie dla relaksu, bo książka nie wymaga zbytniego zaangażowania. Serdecznie się uśmiałam przez dwa dni, w trakcie których pochłonęłam całość. Dobry humor utrzymywał się jeszcze przez kilka dni, gdy myślami wracałam do niektórych epizodów.

Podsumowując – książka nie należy do wybitnych, ale jest doskonałym lekarstwem na stres. Bawi do łez i głęboko relaksuje. Nie jest to lektura dla każdego, w końcu ciężko wyobrazić sobie mężczyznę czytającego powieść z taką okładką. Jednak ja zachęcam wszystkich, bo nieczęsto spotyka się taką lekkość pióra.


Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger