Czytelnicze Podsumowanie Marca według Atramentowej Przystani

Czytelnicze Podsumowanie Marca według Atramentowej Przystani

Kwiecień! Nareszcie w powietrzu czuć wiosnę, drzewa wypuszczają pąki i śmiało można uzbierać jakiś skromny bukiecik kwiatów. W marcu byłam jakaś ospała, jakbym wciąż nie wybudziła się z zimowego snu - nie tylko pod względem czytelniczym. Mam nadzieję, że w kwietniu już nieco bardziej wrócę do życia, szczególnie, że początek miesiąca przyniósł nam kilka dni wolnego, w sam raz na czytanie ❤


Udało mi się przeczytać 3 książki:

  1. Amerykańskie Księżniczki - Katherine McGee (480 stron) 5/10
  2. Kopciuszek i Szklany Sufit - Ellen Haun, Laura Lane (e-book) 2/10
  3. Trzynasta Opowieść - Diane Setterfield (448 stron) 9/10

W jakim stopniu wypełniłam swój TBR na ten miesiąc: 

  • Trzynasta Opowieść - Diane Setterfield
  • Wezwij Sokoła - Maggie Stefvater ✖️
  • Cyrk Polski - Dawid Krawczyk ✖️
  • Amerykańskie Księżniczki - Katherine McGee 
  • Moby Dick – Herman Melville / ✖️ (teraz czytam)
Jak można zauważyć, udało mi się przeczytać tylko połowę z moich zaplanowanych pozycji.

Na blogu ukazały się wpisy takie jak:

  1. Czytelnicze Podsumowanie Lutego według Atramentowej Przystani (link)
  2. Enola Holmes i Sprawa Leworęcznej Lady - Nancy Springer (link)
  3. Enola Holmes i Sprawa Złowieszczych Bukietów - Nancy Springer (link)
  4. 8 Wspaniałych Książkomaniaczek o Silnych Kobietach w Literaturze z Okazji Dnia Kobiet (link)
  5. Enola Holmes i Sprawa Osobliwego Wachlarza - Nancy Springer (link)
  6. BookHaul Luty 2021 r. (link)
  7. Trupokupcy - Magdalena Świerczek-Gryboś (link)
  8. Elegia dla Bidoków - J.D. Vance (link)
  9. Operacja Rupieciarz - Jorn Lier Horst (link)
  10. Amerykańskie Księżniczki - Katherine McGee (link)
  11. Premiery, na Które Czekam w Kwietniu (link)

Najchętniej komentowaliście post z okazji Dnia Kobiet, wpis ten miał również najwięcej wyświetleń.


Mój TBR na Kwiecień:

  • Geniusz. Gra - Leopoldo Gout 
  • Geniusz. Przekręt - Leopoldo Gout 
  • Geniusz. Rewolucja - Leopoldo Gout 
  • Winter - Marissa Meyer
  • Moby Dick – Herman Melville (Tom I)
  • Moby Dick – Herman Melville (Tom II)
  • My, Dzieci z Dworca Zoo - Christiane Vera Felscherinow
  • Rok Próby - Kim Liggett

Przypominam, że możecie zaobserwować mnie na Facebooku i Instagramie, gdzie wrzucam książkowe zdjęcia i na bieżąco pokazuję, jakie nowe książki do mnie dotarły. Zapraszam! 

Pochwalcie się koniecznie swoimi wynikami i TBR-ami w komentarzach! ❤


Kopciuszek i Szklany Sufit - Ellen Haun, Laura Lane

Kopciuszek i Szklany Sufit - Ellen Haun, Laura Lane

Przyznam, że czytanie w tym roku idzie mi całkiem nieźle. Jest dopiero kwiecień, a ja już przeczytałam w połowie tyle książek, co w zeszłym roku. Jeszcze nie było żadnej perełki, ale wciąż się nie zrażam, bo pozycje, które już skończyłam w większości i tak trafiały w mój gust. Niestety w corocznych podsumowaniach jest miejsce nie tylko na najlepszą książkę roku, ale także na najgorszą i tym razem chyba mamy do czynienia z pierwszym pretendentem na to stanowisko…

Wydawnictwo: Albatros

Autor: Ellen Haun, Laura Lane

Polski tytuł: Kopciuszek i Szklany Sufit

Tytuł oryginału: Cinderella and the Glass Ceiling and Other Feminist Fairy Tales

Tłumacz: Danuta Górska

Data wydania: 27 stycznia 2021 r.

Liczba stron: 128

Kategoria: literatura piękna, retelling

Ta książka wzbudziła ogromne zamieszanie w mediach społecznościowych. Chociaż sama promocja pochodząca od Wydawnictwa nie huczała aż tak bardzo, jak można to zauważyć przy niektórych pozycjach, to nie dało się ominąć wieści o dwóch wersjach okładkowych. Następnie powstawał audiobook, w którym jedną z głównych ról odegrała Anita Sokołowska, dlatego też coraz mocniej byłam zainteresowana tym tytułem. Oczywiście sam feministyczny wydźwięk też zachęcał mnie do sięgnięcia po tę książkę, a przede wszystkim to, że był to retelling znanych nam, klasycznych baśni. I nareszcie przyszedł czas na pierwsze recenzje, niemal wszystkie blogi krzyczały „CZYTAJCIE!”, by po kilku dniach pojawiły się wręcz odwrotne opinie, tak różniące się od poprzednich, jak różni się woda od ognia.

Ojejuńciu! Jakie to było złe! Nie da się wyrazić słowami tego, jak mocno zostały nadszarpnięte moje nerwy… Ta książeczka to zaledwie 128 stron, a ja po przeczytaniu połowy już miałam dość, więc kiedy zrobiłam sobie przerwę na mały oddech, to do lektury wróciłam chyba dopiero po dwóch tygodniach. I jedyne, co mnie w tej sytuacji pociesza to to, że nie jestem odosobniona w mojej ocenie.

Byłam wręcz zażenowana, jak niski poziom mają zawarte w książce opowieści. Po trzech zdaniach z opisu, który głosił: Baśnie z naszego dzieciństwa wymagają remake’u! Laura Lane i Ellen Haun go zrobiły. Dowcipna, ostra jak brzytwa interpretacja najsłynniejszych historii pokazuje Disneyowi, gdzie jego miejsce. oczekiwałam czegoś znacznie lepszego. Choć po krótkim zastanowieniu mogę przyznać tym słowom rację – autorki pokazały Disneyowi, gdzie jego miejsce. Właśnie tam, gdzie się znajduje. Można się zgodzić ze słowami, że znane nam dotychczas księżniczki są wątłe i nijakie pod wieloma względami, ale to nie oznacza, że można z nich robić karykatury kobiet w książeczce, w której feminizm znajduje się niebezpiecznie blisko feminazizmu. I chociaż jestem dumna z tego, że jestem kobietą, popieram równość zarówno kobiet, jak i mężczyzn, i rozumiem, co autorki chciały ukazać w tych krótkich opowiastkach, to nie uważam, żeby było to zrobione dobrze. Co więcej! Jestem obrzydzona, zgorszona i zażenowana do granic możliwości.

Sama kwestia komedii już bawi mnie do rozpuku. Jaka komedia?! Na dobrą sprawę lekko rozbawił mnie tylko jeden z remake’ów, ale niestety już nie jestem nawet w stanie powiedzieć który to z nich, więc wygląda na to, że wyparłam na dobre ten twór. I całe szczęście! Czytając miałam trochę wrażenie, że jakiś stand-uper byłby w stanie z tego zrobić całkiem niezłe show, tylko inaczej odbiera się żarty mówione od pisanych. I chyba właśnie w tym tkwi szkopuł.

Sam pomysł ukazania księżniczek jako silnych, niezależnych kobiet jest rewelacyjny i uważam, że ktoś powinien się tym zająć. Niekoniecznie w żartobliwym stylu, bo jak widać na załączonym obrazku wyszło to raczej w żałosny sposób, ale gdyby ktoś podjął się tego na poważnie, to mogłoby z tego wyjść coś naprawdę niezwykłego, pouczającego i cennego. Uważam też, że retelling znanych baśni i bajek w wersji dla dzieci (niekoniecznie skupiony na feminizmie) również byłby ciekawym pomysłem.

Tymczasem muszę Was zostawić z tą niepochlebną opinią. Mam nadzieję, że zdołam Was uchronić przed tym topornie podanym, „feministycznym” dziełem, w którym spotkacie jedynie profanację znanych i lubianych postaci z dziecięcych lat. Zdecydowanie nie pokazujcie jej dzieciom! Wam również nie polecam.

Moja ocena: 2/10

 

Premiery, na które czekam w kwietniu

Premiery, na które czekam w kwietniu

Ostatnio przychodzi do mnie co raz więcej książek i coraz częściej sięgam nie tylko po te najnowsze tytuły, ale także po książki wydane już kilka lat temu. Aktualnie odkrywam „Moby Dick’a” choć posiadam jedynie egzemplarz wypożyczony z biblioteki. Postanowiłam jednak, że od czasu do czasu postaram się Wam napisać o nowościach wydawniczych, na które czekam, stąd właśnie wziął się ten post. Zatem… Na jakie premiery książkowe czekam w kwietniu?




Alan Bradley - „Nim Złote Włosy Zmarłym Ścinać Zaczęto” czyli 10. tom serii o Flawii de Luce PREMIERA 28.04. (Wydawnictwo Vesper)

Chyba mało kto wie, że od jakiegoś czasu zbieram książki z tej serii. Co prawda na półce mam ich chyba jak dotąd tylko cztery, ale to nie przeszkadza mi wyczekiwać każdego następnego tomu z niecierpliwością.

Dwunastoletnia pasjonatka chemii, Flawia de Luce, oraz lojalny służący Dogger zakładają agencję detektywistyczną. Nie spodziewają się, że pierwsza sprawa, jaką im przyjdzie rozwiązać, pojawi się podczas weselnego przyjęcia siostry Flawii – Feli. Jednym z kluczowych momentów radosnej uroczystości ma być tradycyjne pokrojenie ogromnego, bajecznie udekorowanego weselnego tortu, lecz gdy tylko panna młoda wbija w niego nóż, z jej gardła dobywa się mrożący krew w żyłach krzyk, bowiem z pierwszego kawałka wystaje ludzki palec…



Alek Rogoziński – „Ukochany z piekła rodem” PREMIERA 14.04. (Wydawnictwo W.A.B.)

Coraz częściej miewam ochotę na komedie kryminalne, a dodatkowo coraz bardziej mam ochotę zapoznać się z twórczością znanego Aleka Rogozińskiego.

Znana pisarka romansów poznaje na urlopie w Zakopanem fotografa współpracującego z magazynami dla kobiet. Przystojny jak sam diabeł Konrad, młodszy od niej o ponad dekadę, wydaje się ucieleśnieniem najskrytszych pragnień. Co z tego jednak, skoro ktoś siekierą brutalnie niszczy marzenia Joanny? Ona tymczasem bierze śledztwo w swoje ręce. Szybko okazuje się, że narzeczony nie miał czystych intencji.



Atul Gawande – „Potęga Checklisty. Jak zrobić coś lepiej” PREMIERA 26.04. (Wydawnictwo Znak)

Mam wrażenie, że wciąż przybywa mi obowiązków, a ubywa czasu… I chociaż już od jakiegoś czasu zaczęłam pracować z checklistami, to chętnie dowiem się, jak robić to lepiej.

Dowiedz się, jak przy pomocy dobrze skonstruowanych list kontrolnych uniknąć prostych błędów i stawić czoła skomplikowanym sytuacjom. Dzięki tej książce nauczysz się, jak sobie poradzić, gdy wszystko wymyka się spod kontroli. Niezależnie od tego, czy jesteś dyrektorem, liderem zespołu (zarówno rockowego, jak i teamu w firmie) czy pracownikiem supermarketu – każdy, nawet najbardziej złożony problem da się rozwiązać dzięki potędze checklisty.


 

Megan Rosenbloom – „Mroczne archiwa. Śledztwo w poszukiwaniu książek oprawionych w ludzką skórę” PREMIERA 06.04. (Wydawnictwo Znak literanova)

Sama nie wiem, czemu tak bardzo zainteresowała mnie ta książka, ale przyznacie na pewno, że okładka przyciąga wzrok.

Choć przedmioty wykonane z ludzkiej skóry kojarzą nam się przede wszystkim z nazistowskimi zbrodniarzami, tak naprawdę mają więcej wspólnego z wiktoriańskimi chirurgami i ich badaniami anatomicznymi. Oprawione w ludzką skórę tomy to MROCZNE DZIEDZICTWO ROZWOJU WIEDZY MEDYCZNEJ, z której do dziś wszyscy korzystamy, i etyki w nauce. Aby je pokazać, Megan Rosenbloom zabiera nas w podróż po świecie nauki i zbrodni – od najwspanialszych muzeów i bibliotek przez laboratoria naukowców do cuchnących garbarni i salonów tatuażu.


 


Robb Pearlman – “The Office. Dzień w Podstawówce Dunder Mifflin” PREMIERA 13.04. (Wydawnictwo Zysk i S-ka)

Uwielbiam serial The Office, lubię też książki dla dzieci. Co mogło wyjść z połączenia tych dwóch rzeczy? Tylko coś dobrego.

Michael Scott zostaje przewodniczącym klasy w podstawówce Dunder Mifflin. To bardzo odpowiedzialne zadanie, ale Michael jest pewny, że mu podoła. Przecież ma odpowiedni napis na swojej butelce z wodą! Jest tylko jeden problem – Michael tak naprawdę nie wie, jak kierować klasą. Dorośli czytelnicy znajdą w tej książce zabawne kolorowe ilustracje, dobrze znane postaci i liczne nawiązania do kultowych scen, a młodsi nie tylko zapoznają się ze słynnym serialem, lecz również nauczą się, że każdy lider potrzebuje pomocy zespołu.


 


Margaret Atwood – „Opowieść Podręcznej. Powieść graficzna” PREMIERA 14.04. (Wydawnictwo Jaguar)

Podoba mi się sam pomysł przedstawienia tej książki w wersji graficznej.

Wszystko, co nosi Podręczna, jest czerwone; to kolor krwi, który nas określa. Freda jest Podręczną w Republice Gileadzkiej, gdzie kobiety nie mogą pracować, mają zakaz czytania, nie wolno im się z nikim przyjaźnić. Służy w domu Komendanta oraz jego żony i według nowego społecznego ładu ma tylko jeden cel: co miesiąc kładzie się na plecach i rozkłada nogi przed Komendantem, modląc się, by zajść w ciążę. Bo w czasach drastycznego spadku narodzin Freda, podobnie jak inne Podręczne, ma prawo do życia tylko, jeśli jest płodna. Podręczna Freda pamięta jednak czasy sprzed Gileadu, kiedy była niezależna, miała pracę i rodzinę oraz własne imię. Dzięki tym wspomnieniom i niezwykłej woli przetrwania kobieta podejmuje próbę odzyskania godności i dawnego życia.

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Zapraszam Was na swój instagram (https://www.instagram.com/atramentowaprzystan/?hl=pl), gdzie do 4 kwietnia możecie znaleźć rozdanie z książką „Rok Próby” - Kim Liggett, czyli z młodzieżową odsłoną „Opowieści Podręcznej”.


Amerykańskie Księżniczki - Katherine McGee

Amerykańskie Księżniczki - Katherine McGee

Po książki z motywem miłosnym sięgam bardzo rzadko, żeby nie powiedzieć, że nigdy. Romans jest dla mnie kategorią, która zupełnie mogłaby nie istnieć, a same wątki miłosne zwykle uważam za infantylne. Nieczęsto pojawia się pozycja, która zaspokoiłaby mój jakże „wysublimowany” gust dotyczący latających serduszek, motylków w brzuchu i amorków ze strzałami miłości.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Autor: Katherine McGee

Tłumacz: Paweł Dembowski

Polski tytuł: Amerykańskie Księżniczki

Tytuł oryginału: American Royals

Data wydania: 23 lutego 2021 r.

Liczba stron: 480

Kategoria: literatura obyczajowa

„Amerykańskie Księżniczki” to powieść, po którą sięgnęłam przypadkowo. Okładka mogłaby skrywać niejedną historię, a opisów na tylnej okładce zazwyczaj nie czytam. Dlatego myśląc, że sięgam po książkę, która jest połączeniem pełnej intryg „Gry o Tron” z fascynującym „The Crown”, otrzymałam niestety powieść, która według mnie najbardziej przypomina „Modę na Sukces”…

Autorka opowiada nam alternatywną historię Ameryki, w której Jerzy Waszyngton zamiast prezydentem zostaje królem. Oczywiście początek książki zdążył mnie już odrobinę zirytować, ponieważ pierwsze zdanie brzmi: „Znacie już historię rewolucji amerykańskiej i narodzin amerykańskiej monarchii.”. Zacznę od tego, że z historii zawsze byłam słaba, więc nie znam historii rewolucji amerykańskiej, oprócz jej ogólnego zarysu. A dalsza część to tylko fikcja, choć pojawiają się w niej postacie, które istniały naprawdę, jednak w tej rzeczywistości piastują inne stanowiska.

Historia opowiedziana jest z perspektywy czterech młodych kobiet: Beatrycze – pierwszej przyszłej królowej, Samanty – młodszej, zbuntowanej siostry Beatrycze, Niny – plebejuszki, przyjaciółki Samanty oraz Daphne – dziewczyny, która pragnie zdobyć serce Jeffa (jedynego księcia Ameryki, brata Beatrycze i Samanty), a raczej uzyskać status poprzez wejście do rodziny królewskiej. Z każdą z dziewczyn wiąże się przynajmniej jeden wątek miłosny, zatem zostałam rzucona na głęboką wodę.

Szczerze mówiąc od samego początku mocno wkręciłam się w książkę. Fabuła była prowadzona tak dobrze, że byłam nią mocno zaintrygowana. Nawet tymi aspektami, w których królował romans. Czytałam książkę w zatrważającym tempie, ani się obejrzałam i już byłam w połowie powieści. I nagle… Uświadomiłam sobie czemu tak naprawdę omijam literaturę „kobiecą” szerokim łukiem.

Oprócz zawiłych romansów naszych bohaterek, nie wiemy tak naprawdę do czego ta książka dąży. Autorka nie wytycza żadnego celu, więc jedyną osią przewodnią są zawirowania osobiste, z których również nic nie wynika. Możemy dopingować im, żeby znaleźli sposób aby być razem, czy wręcz odwrotnie, ale jakie to ma znaczenie? I tak, jak bardzo mocno byłam zafascynowana pierwszą połową „Amerykańskich Księżniczek”, tak z drugą jej częścią ogromnie się męczyłam. Jednak najgorszym dla mnie momentem były trzy ostatnie rozdziały, kiedy już wiedziałam, że żaden z wątków nie zostanie ukończony. A to oznaczało, że powieść jest pierwszą częścią jakiegoś cyklu… Ale po raz kolejny zaznaczę: wciąż nie mamy głównego motywu, który miałby się rozwinąć, poza miłostkami. Zatem po co to rozciągać? Jaka jest tego celowość?

Właśnie stąd wzięło się moje porównanie do „Mody na Sukces”, choć i tak mam wrażenie, że tam fabuła była ciekawsza. Jak dla mnie kręcenie się wokół jednego tematu, czy ktoś się ze sobą zejdzie, czy też nie i to pomnożonego razy cztery bohaterki, które z kolei miały czasem więcej niż jednego kandydata na partnera, jest po prostu nudne. Nie chcę obniżać tej książce oceny ze względu na moją niechęć do miłosnych uniesień w literaturze, dlatego oceniam ją na pozycję przeciętną. Pragnę jednak żebyście zauważyli że mimo wszystko byłam zainteresowana tą pozycją, dopóki mnie nie rozczarowała. Tak. „Amerykańskie Księżniczki” są moim pierwszym rozczarowaniem książkowym w tym roku.

Najważniejsze dwa pytania zostawiłam na koniec: czy przeczytam kolejny tom? Nie wiem. Wszystko zależy od tego, jak szybko zostanie on wydany, bo nie zamierzam czytać tej pozycji po raz kolejny, a jest to jedna z tych historii, które szybko ulatują z pamięci.  Jeśli lubicie książki, które nie mają wyznaczonego celu, to owszem. Dla mnie jednak to była strata czasu.

Moja ocena: 5/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.



Operacja Rupieciarz - Jørn Lier Horst

Operacja Rupieciarz - Jørn Lier Horst

Wydawnictwo: Media Rodzina

Autor: Jørn Lier Horst

Ilustracje: Hans Jørgen Sandnes

Polski tytuł: Operacja Rupieciarz

Tytuł oryginału: Operasjon skrotnisse

Data wydania: 23 października 2020 r.

Liczba stron: 100

Kategoria: literatura dziecięca

Jakiś czas temu miałam przyjemność zrecenzować dla Was krótko książkę pt. „Operacja Bałwan”, a dziś przychodzę ze skromną opinią na temat „Operacji Rupieciarz” z tego samego świata. Biuro Detektywistyczne nr 2 po raz kolejny musi zmierzyć się ze złem i występkiem. Tym razem sprawa, z jaką przyszło im walczyć może być najdziwniejszą zagadką śledczą wszech czasów – w mieście grasuje złodziej lecz jego łupem są jedynie stare, zdawałoby się - nikomu niepotrzebne przedmioty.

„Operacja Rupieciarz” nie jest wykreowana w taki sposób, jak „Operacja Bałwan”. W tym przypadku nie możemy rozwiązywać zagadek wraz z bohaterami. „Rupieciarz” jest zwykłą książką dla dzieci, z samym tekstem i ilustracjami. Za to z jakimi ilustracjami! Pełne szczegółów, kolorowe – z pewnością zachwycą młodego czytelnika. A i zagadka kryminalna jest naprawdę nietuzinkowa.

W poprzedniej recenzji pisałam Wam o rewelacyjnych ilustracjach. Mam wrażenie, że w tej części są jeszcze lepsze, choć stworzył je przecież ten sam człowiek. Poza tymi dwiema książeczkami nie miałam  do czynienia z pozostałymi tomami z serii Biura Detektywistycznego nr 2, dlatego nie wiem, czy w każdej części znajdziecie to, co znalazło się na końcu Operacji Rupieciarz”. A mianowicie - zostały tam umieszczone pytania związane z treścią, głównie sprawdzające spostrzegawczość czytelnika. Podoba mi się, w jaki sposób autorzy skupiają uwagę dziecka na lekturze. Dodatkowo jest też instrukcja, dla nieco starszych czytelników, jak stworzyć w zaciszu domowym światło ultrafioletowe, a ostatnie dwie strony zawierają krótkie biografie autora i ilustratora. Książka jest zatem dopieszczona w każdym aspekcie.

Osobiście świetnie się bawiłam czytając tę książkę i z chęcią przeczytam zarówno inne pozycje z tej serii, jak i kryminały dla dorosłych tego samego autora, bo jestem ogromnie ich ciekawa. Swoje dwie pozycje z serii „Operacja” posyłam dalej w świat, a jeśli macie w swoim otoczeniu dzieci w wieku 5+, to koniecznie podsuńcie im pod nos te książeczki.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.



Elegia dla bidoków - J. D. Vance

Elegia dla bidoków - J. D. Vance

Są takie książki, które w połowie czyta się dla rozrywki, a w połowie dla zwiększenia swojej świadomości. Jednym z takich gatunków są reportaże. Chociaż nie wszystkie da się zaliczyć do tej rozrywkowej części, to z pewnością każdy przekazuje nam jakąś wiedzę, kwestia jej użyteczności jest już indywidualnym zagadnieniem. W ostatnim czasie ta kategoria książkowa stała się naprawdę popularna, przez co i ja zaczęłam sięgać po takie książki, choć z pewną rezerwą ufności. Jednym z pierwszych reportaży, jakie udało mi się przeczytać była „Elegia dla bidoków”.

Wydawnictwo: Marginesy

Autor: J. D. Vance

Polski tytuł: Elegia dla bidoków

Tytuł oryginału: Hillbilly Elegy

Data wydania: 25 listopada 2020 r.

Liczba stron: 320

Kategoria: autobiografia/reportaż

„Elegię dla bidoków” ciężko jednoznacznie określić jako reportaż. Z całą pewnością jest to autobiografia autora, jednak tak mocno relacjonuje realny obraz Pasa Rdzy z danego okresu, że ja tę książkę bardziej uznaję za reportaż pisany od wewnątrz. Ale jeśli dla Was prawdziwszym jest stwierdzenie, że to rasowa biografia, to również nie mylicie się w najmniejszym stopniu.

W książce widzimy mnóstwo zepsucia, biedę, długotrwałe bezrobocie, przeróżne patologie – alkoholizm, przemoc, narkomanię, ale też mnóstwo w niej pozytywnych aspektów, takich jak silne więzy rodzinne, miłość, chęć samodoskonalenia. J. D. Vance ukazuje nam świat swojej młodości, wieku dorastania oraz późniejsze lata nauki i pierwszych prac. Autor stara się nam przybliżyć także życie poprzednich pokoleń, sięgając aż do wczesnych lat powojennych. Choć w swojej książce opisuje naprawdę różnorakie zdarzenia, jedne ciepłe, inne przepełnione gniewem, to w swoich wywodach jest wyrozumiały, nie ocenia, jedynie staje się pobocznym obserwatorem, dokładnie takim, jakim jest czytelnik.

J. D. Vance jako pierwszy z rodziny zdobył dyplom wyższej uczelni. Zdołał wyrwać się spod niszczącego wpływu małej mieściny, w której się wychował, udało mu się pokonać traumy nabyte przez destrukcyjny wpływ swojej matki. Lecz to, do czego doszedł wymagało codziennej, ciężkiej pracy i mnóstwa energii. Wszystkie jego przeżycia składały się na to, kim autor stał się teraz. Dzięki jego autobiografii możemy zacząć rozmyślać również nad swoim życiem, nad tym kim się jest, a kim jeszcze można się stać.

Na podstawie tej książki powstał również film, którego niestety nie miałam jeszcze okazji obejrzeć, ale jestem go bardzo ciekawa, dlatego gdy tylko będę miała wolną chwilę, na pewno to zrobię. Wracając jednak do książki, jestem pod ogromnym wrażeniem, jak bardzo mnie ona wciągnęła. Uważnie śledziłam wszystkie losy bohatera, w każdej wolnej chwili sięgałam po książkę, aby przeczytać choć kilka stron. Nie sądziłam, że gatunek ten, niezależnie czy jest to biografia, czy reportaż, aż tak mnie zainteresuje.

Najciężej jest określić, czy polecam tę książkę. Jeśli interesujecie się tematem poruszanym w książce, jeśli mieliście już ochotę ją przeczytać, albo obejrzeliście film i chcecie porównać te dwa utwory – to polecam, nawet gorąco polecam. Jestem przekonana, że znajdziecie w tej pozycji to, czego szukacie. Polecam ją także tym, którzy chcą sięgnąć po nowy gatunek, a nie szukają czegoś bardzo ciężkiego – „Elegia dla bidoków” sprawdzi się w sam raz. Jednak jeśli nie znajdujecie się w żadnej z tych kategorii, sami musicie ocenić, czy to aby na pewno książka dla Was. Niemniej uważam, że dzięki temu, w jaki sposób autor przyciąga uwagę czytelnika, biografia/reportaż zasługuje na lekturę.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem DużeKa.



Trupokupcy - Magdalena Świerczek-Gryboś

Trupokupcy - Magdalena Świerczek-Gryboś

Mitologia, dawne wierzenia, zapomniani bogowie – to motywy, które w książkach uwielbiam. Wydaje mi się, że choć takich książek na rynku jest coraz więcej, to wciąż jest ich za mało, a niewiele z nich zasługuje na uwagę. Dawno już nie sięgałam po tego typu literaturę, dlatego tym razem postanowiłam przeczytać jedną z lżejszych pozycji.

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Autor: Magdalena Świerczek-Gryboś

Tytuł oryginału: Trupokupcy

Data wydania: 1 lipca 2020 r.

Liczba stron: 216

Kategoria: fantastyka

„Trupokupcy” pokazują świat postapokaliptystyczny. Ocieplenie klimatu zniszczyło planetę i obudziło stare duchy. W tym świecie, gdy jakaś miejscowa istota weźmie Cię pod swoje skrzydła, możesz się czuć szczęściarzem, mimo że postać ta jest od Ciebie znacznie silniejsza i nigdy nie możesz być pewien jej zamiarów. „Weźmiecie to, co wyjdzie z lasu” jest najważniejszą zasadą panującą w tym świecie.

Magdalena Świerczek-Gryboś napisała książkę, która inspirowana jest słowiańskimi wierzeniami. W powieści czuć tę szczególną magię, która towarzyszy mitologii słowiańskiej, jednak należy pamiętać o tym, że rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Poprzez tę książkę autorka chciała wyrazić swoją niemoc, frustrację, żałość i żałobę. Wizja umierającego świata wygląda realnie, a myśl, że to my doprowadzamy do tej katastrofy budzi w czytelniku smutek, bo tak naprawdę w pojedynkę niewiele możemy zrobić. Książka wprowadza refleksje nad tym, co można zrobić, aby pomóc planecie przeżyć – co ja sam/sama mogę zrobić dla Matki Ziemi.

„Marsjanie przejedli Marsa - kontynuował trupokupiec. - Ziemianie przejedli Ziemię.”

Możecie pomyśleć, że książka jest tylko dla „eko świrów”, ale ja uważam, że każdy może ją interpretować według swojego uznania. Nakreślona rzeczywistość nie różni się wiele od każdego innego postapokaliptycznego świata. I jak w każdym innym utworze tego gatunku – bohaterowie chcą jedynie przetrwać. Ciekawym zabiegiem było umiejscowienie akcji w Polsce i dodatkowe zastosowanie lokalnej gwary. Mamy tutaj przede wszystkim do czynienia ze śląskim zaciąganiem, ale jedna z bohaterek używa również języka kaszubskiego. Na początku ciężko było mi się wpasować w taki styl, ale bardzo szybko wszystkie problemy minęły i wręcz płynęłam przez lekturę.

Sama historia bardzo mnie urzekła. Podobało mi się, jaki niepokój panuje wśród bohaterów, wręcz czułam ciarki na plecach. Uważam jednak, że niektóre aspekty powinny być bardziej rozbudowane, a chociaż odrobinę dogłębniej wytłumaczone. Są chociażby postacie, nazywane juchochłepcami, których należy się obawiać i w jakiś sposób potrafią wyczuć obecność ludzi. Do teraz nie jestem pewna, czy byli to tylko zwykli grabieżcy, czy istniało również inne, poważniejsze zagrożenie z ich strony oraz czy byli to ludzie, czy istoty nadprzyrodzone? Być może coś przespałam, jeśli tak to przepraszam, niemniej samo ich stworzenie było dla mnie genialnym pomysłem i szkoda, że tak mało się o nich dowiedziałam.

Od samego początku chciałam dać książce dosyć wysoką ocenę, aż do momentu, w którym autorka wyjaśniła pochodzenie bogów… Dla mnie takie wytłumaczenie było zupełnie nieodpowiednie, zwyczajnie mi się nie podobało. Wolałabym nawet, żeby kwestia pozostała niewiadomą, niż żeby była nakreślona w taki sposób. I przykro mi to stwierdzić, ale w tym momencie moja ocena poleciała na łeb, na szyję. Nie chcę jednak, żebyście zrozumieli mnie źle – takie rozwiązanie może się wielu z Was spodobać, co więcej, możecie być nim zachwyceni. Dla mnie to niestety była jedna wielka pomyłka… To wpływa na moją ocenę, ale czy powinno wpływać na samą wartość książki?

Warto oczywiście jeszcze na sam koniec nadmienić, że książka zawiera rewelacyjne ilustracje. Czarno białe rysunki wprowadzają czytelnika w jeszcze głębszy niepokój. Śmiało można stwierdzić, że dzięki nim „Trupokupcy” posiadają ten szczególny, mroczny klimat, za co należą się ogromne brawa dla ilustratora, którym jest Marek Gryboś.

Nie sugerujcie się moją oceną – książka naprawdę jest rewelacyjna. Gdyby nie ten jeden aspekt, który zdecydowanie mnie zawiódł, lektura zdobyłaby chyba aż 8 gwiazdek, a może nawet 8 i pół. Szczerze Was zachęcam do jej przeczytania. Wierzę też, że każda osoba, która sięgnie po tę pozycję, zechce zmienić swoje codzienne życie na bardziej ekologiczne – i to jest cudowne.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger