Najbardziej spóźnione podsumowanie

Najbardziej spóźnione podsumowanie

Nawet nie wiem, jak mogło dojść do tego, że ten post pojawia się tak późno. Podsumowania całych 12 miesięcy publikuje się w styczniu, lutym, rzadziej w marcu… A tutaj już wrzesień (!) a ja dopiero zabrałam się za napisanie Podsumowania Wyzwania Czytelniczego LubimyCzytać.pl z 2019 roku. Och, co to był za rok!

Wyzwanie Czytelnicze Lubimy Czytać 2019 r.

1.

W nowy rok z portalem wkroczyliśmy wielkim krokiem. Oczywiście po wspaniałych świętach Bożego Narodzenia nie mogło być inaczej i pierwszym wyzwaniem, jakie się pojawiło, było przeczytanie książki, którą otrzymałam w prezencie. W styczniu zabrałam się zatem za pozycję, którą otrzymałam podczas rzeszowskich Świątecznych Targów Książki. Było to „Miasteczko Darkmord” autorstwa Shane’a Hegarty. Spotkanie z tą książką uważam za udane - otrzymała ode mnie 9 na 10 punktów, a całą recenzję możecie przeczytać tutaj.

2.

Luty stał pod znakiem corocznego plebiscytu Lubimy Czytać. Wyzwaniem było przeczytanie przynajmniej jednej książki nominowanej w plebiscycie Książka Roku 2018 lubimyczytac.pl. Na mojej półce od jakiegoś czasu znajdował się „Krwawy Księżyc” – K.C. Hiddenstorm, nic więc dziwnego, że mój wybór padł właśnie na tę pozycję. Książka podobała mi się równie mocno, jak jej poprzedniczka, a może nawet bardziej. Zobaczcie sami tutaj.

3.

W marcu atmosfera nieco się rozluźniła, wyzwanie nie było tak dokładne, jak poprzednie i pozostawiało więcej pola do manewru. Tym razem musiałam przeczytać książkę autora, którego imię zaczyna się na tę samą literę, co moje. Przeczytaną przeze mnie książką były „Mroczne umysły” Alexandry Bracken. Po recenzji, którą znajdziecie tutaj można stwierdzić, że poziom przeczytanych dotąd książek utrzymywał się dosyć wysoko.

4.

„Przeczytam co najmniej jedną książkę, która została lub zostanie zekranizowana” – tak brzmiało wyzwanie kwietniowe, dlatego też po raz kolejny zagłębiłam się w magiczny świat Harry’ego Pottera. W ciągu miesiąca udało mi się przeczytać trzy części – Kamień Filozoficzny, Komnatę Tajemnic oraz Więźnia Azkabanu. Pozostałe części doczytałam w późniejszych miesiącach.

5.

W piątym miesiącu 2019 roku wyzwaniem było przeczytanie książki, której tytuł ma jeden wyraz. „Warcross” autorstwa Marie Lu idealnie wpasował się w ten klimat, dlatego też to właśnie ta książka została moim zadaniem bojowym na maj. „Warcross” uważam za jedną z najlepszych książek przeczytanych w zeszłym roku, a jej recenzja znajduje się tutaj.

6.

W połowie roku nastrój stał się nieco bardziej wakacyjny. Przeczytałam książkę polskiego autora Macieja Makarewicza pod tytułem „Atlantycka konspiracja”, która była moją odpowiedzią na przeczytanie książki o kraju, w którym spędzę lub chciałabym spędzić wakacje. Klimat Dana Browna zawsze mnie pociągał, jednak tej pozycji nie uważam do końca za udaną – opinię możecie przeczytać tutaj.

7.

W lipcu udało mi się, podobnie jak w kwietniu, przeczytać więcej niż jedną książkę dopasowaną do wyzwania. Miała to być pozycja z gatunku, po który zwykle nie sięgam. Po pierwsze przeczytałam reportaż/biografię „Gitara i inne demony młodości” Bogusława Chraboty (recenzja) oraz książkę z gatunku science-fiction „SI” Stepana Wartanowa (recenzja).

8.

W sierpniu portal Lubimy Czytać ze swoim wyzwaniem spełnił moje oczekiwania. „Przeczytam książkę z górami lub morzem (jeziorem, oceanem, itd.) w tle” spadło mi jak manna z nieba, ponieważ w moich planach było przedpremierowe wydanie „Jeziora Ciszy” Anne Bishop, które oceniam bardzo dobrze, o czym możecie przeczytać tutaj.

9.

Wrzesień był miesiącem, w którym nie wypełniłam zadania. Wyzwaniem było nadrobienie lektury szkolnej, której nie przeczytałam – tutaj pojawił się problem, ponieważ lektury czytałam sumiennie, za wyjątkiem powieści Sienkiewicza. Nawet pozycje nadprogramowe lub takie, które nie należą już do kanonu mam w większości za sobą, a reszty po prostu nie chcę poznawać. Przynajmniej na razie.

10.

W październiku należało przeczytać książkę noblisty, dlatego też postawiłam na „Miłość w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza. Uważam, że są książki, których zwyczajnie nie należy oceniać, dlatego też ten niezwykły świat poezji pozostawiam do oceny każdemu czytelnikowi.

11.

Przeczytanie książki popularnonaukowej było dla mnie trudnym zadaniem, ponieważ po taką literaturę również nie sięgam. Pozwoliłam zatem sobie „przeczytać” niezbędnik młodego odkrywcy o kosmosie, który akurat miałam w domu. Czas ten uważam za dobrze spędzony, aczkolwiek fanką nauki o kosmosie raczej nie zostanę 😉

12.

W grudniu wyzwaniem było przeczytanie książki wydanej w 2019 roku pod patronatem Lubimy Czytać. W moim przypadku był to czerwcowy patronat, czyli „Diabeł wcielony” Donalda Raya Pollocka, którego recenzję będziecie mogli przeczytać już wkrótce, jako że Netflix zajął się jego ekranizacją.

Jak można śmiało zauważyć, medal za najbardziej spóźnione podsumowanie roku trafia właśnie do mnie! Dziękuję tym, którzy dotrwali do tego momentu. Pochwalcie się w jakich wyzwaniach Wy braliście lub bierzecie udział oraz jakie były/są tego rezultaty 😊

Lee Schubienik - Aleksandra Konefał

Lee Schubienik - Aleksandra Konefał

Początkiem lutego bieżącego roku pojawiła się dosyć nietypowa książka młodej, polskiej autorki – Aleksandry Konefał. Lee Schubinik z ciekawą okładką i interesującym opisem wyszedł nakładem Novae Res. Książkę udało mi się zdobyć jeszcze w wersji przedpremierowej, przed korektą, dlatego w swojej recenzji uwzględnię wyłącznie aspekty dotyczące postaci oraz świata przedstawionego.

Wydawnictwo: Novae Res

Autor: Aleksandra Konefał

Tytuł oryginału: Lee Schubienik

Data wydania: 02.04.2020 r.

Liczba stron: 367

Kategoria: horror

Aleksandra Konefał, jak podaje skrzydełko okładki, łączy elementy młodzieżowej powieści przygodowej i gotyckiego horroru. Jej autorytetem jest Edgar Allan Poe, co po przeczytaniu tej książki zupełnie mnie nie dziwi. Dało się delikatnie wyczuć charakterystyczny klimat mistrza, choć nie miałam z nim zbyt wiele do czynienia po dziś dzień. Książka teoretycznie jest horrorem, ale… No właśnie – ALE. Zupełnie nie czułam żadnego dreszczyku emocji. Raz nawet specjalnie czekałam do późnej godziny, żeby być może lepiej wczuć się w ten klimat. Niestety nic z tego. Mimo, że sama treść nie była taka zła, to nie miałam gęsiej skórki nawet przez 5% powieści (a jeśli miałam, to jedynie z chłodu).

Przejdźmy do fabuły. Alicja jest siedemnastoletnią dziewczyną, która od śmierci swojej matki czuje się niezwykle samotna. Jej ojciec, baron von Tochek, zamyka swoją córkę w wielkiej rezydencji, która według miejskich plotek jest nawiedzana przez duchy. Od teraz dziewczyna zamiast uczyć się w liceum Alton, uczęszcza na prywatne lekcje razem ze swoim przyszłym bratem, synem znienawidzonej, niewiele od niej starszej, przyszłej macochy. Jedynym wytchnieniem w codziennej udręce stają się dla niej spacery do pobliskiego lasu, gdzie pewnego dnia spotyka mężczyznę usiłującego popełnić samobójstwo. Od tego czasu ich drogi stale się przeplatają.

Szczerze mówiąc, to od tej książki wymagałam czegoś więcej. Po tytule i okładce, nie wiedzieć czemu, spodziewałam się trzymającej w napięciu komedii lub czegoś w tym rodzaju. Dreszczyk strachu połączony z czarnym humorem byłby w tym wypadku połączeniem idealnym i moim zdaniem adekwatnym do wyglądu „Lee Schubienika”. W powieści znalazłam zdecydowanie więcej powieści przygodowej dla młodzieży, niż gotyckiego horroru, o czym wspomniałam wyżej. Niestety za to daje ogromny, ogromny minus. Bardzo nie lubię, gdy reklama książki nie współgra z jej wnętrzem.

Jeśli chodzi o bohaterów, to są dosyć trudni do określenia. Zakończenie książki wskazuje na to, że „Lee Schubienik” doczeka się kontynuacji, przez co nie do końca można cokolwiek powiedzieć o postaciach, ponieważ ich charaktery mogą się rozwinąć nieco później. A nawet z pewnością można to stwierdzić, ponieważ niewiele elementów doszło do kulminacyjnego momentu, przez co nie wiemy w stu procentach, jakie pobudki kierowały niektórymi z bohaterów, głównie tych drugoplanowych, którzy nierzadko odgrywają w książkach znaczące role. Sama Alicja nie przyciąga uwagi, co jest nieco problematyczne, jeśli chodzi o postać pierwszoplanową. Powinna grać pierwsze skrzypce, a jest dosyć nijaka. Za to nie irytowała mnie zanadto, więc bilans się wyrównuje. Za bohaterów nie przyznaję ani punktów na plus, ani na minus.

Od początku myślałam, że jest to powieść jednotomowa, dlatego nieco się zdziwiłam, a nawet zirytowałam, gdy okazało się, że w zasadzie nic nie zostało rozwiązane. Wolę być przygotowana mentalnie na takie zakończenia. Teraz natomiast jestem w kropce, ponieważ nie wiem, czy chciałabym przeczytać następną część. Książka nie wywołała u mnie wielkiego WOW, ale nie była również przesadnie zła. Poza tym okładka jest na tyle miła dla oka, że na pewno seria, nawet duologia, ładnie wyglądałaby na półce. Co więcej, czcionka jest fajnie dopasowana, dzięki niej książkę czyta się szybko i przyjemnie.

Nie mogę z czystym sercem zachęcić Was do tej lektury, ale również nie zniechęcam. Wybór, po przeczytaniu recenzji, należy do Was – znacie wszystkie za i przeciw. Ja ze swojej strony mogę jedynie dodać, że liczę na potencjał pisarki i wierzę w to, że następna część, jeśli zdecyduję się ją przeczytać, mnie zachwyci.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Secretum.



Marzenie Zuzi - Anna Potyra

Marzenie Zuzi - Anna Potyra

W serii Zuzia i Dobre Wróżki ukazało się już kilka pięknie wydanych i niezwykle ilustrowanych książeczek. Są to małe opowiastki idealne dla dzieci powyżej trzeciego roku życia, szczególnie dziewczynek, które same próbują już swoich własnych sił w składaniu literek. Książeczki są idealnie wyważone – posiadają mało tekstu, duże litery i piękne ilustracje dające chwilę odpoczynku dla dziecięcych oczu, a zarazem są na tyle „obszerne”, że dla malucha mogą być pierwszą „dorosłą” książką w ich życiu.

Wydawnictwo: Skrzat

Autor: Anna Potyra

Ilustracje: Agnieszka Filipowska

Tytuł oryginału: Marzenie Zuzi

Seria: Zuzia i Dobre Wróżki

Data wydania: 2020 r.

Liczba stron: 72

Kategoria: literatura dziecięca

Jeśli już mówimy o dorosłości… „Marzenie Zuzi” jest właśnie o tym – o dziecięcym marzeniu, aby być już dorosłym. Ale co się stanie, jeśli takie pragnienie stanie się rzeczywistością? Co z dziecięcymi marzeniami i przyjemnościami?

Zuzia obchodzi swoje piąte urodziny. To naprawdę wyjątkowy dzień dla niej, ale dorośli wciąż nie traktują jej poważnie. Na przykład babcia, która choć starała się mówić poważnym tonem, zdradziło ją rozbawione spojrzenie. Dorośli mogą przecież nie spać do późna, pić kawę, malować paznokcie i chodzić w butach na obcasie, a Zuzia choć ma już 5 lat, wciąż traktowana jest jak dziecko. Po długim dniu pełnym wrażeń dziewczynka zasypia jednak jak suseł. Lecz gdy się budzi, nie jest już tą samą Zuzią, którą była dzień wcześniej. Jej marzenie się spełniło i nareszcie jest dorosła! Wkrótce jednak przekonuje się, że dorosłość wcale nie jest taka fajna, jak jej się wydawało.

W książeczkach dla dzieci najważniejsze są ilustracje. To na nich dziecko skupia największą uwagę, szczególnie gdy czyta mu rodzic. Jako mała dziewczynka nie znosiłam, gdy obrazki nie były powiązane z treścią lub były umieszczone na złej stronie i wierzę, że wiele maluchów ma tak jak ja. Dlatego jestem niezwykle zadowolona, że piękne, kolorowe ilustracje autorstwa Agnieszki Filipowskiej znajdują się w odpowiednich miejscach i oddają sobą, to co przekazuje treść.

Warto skupić się także na istocie każdej książki, czyli na słowie pisanym. „Marzenie Zuzi” przekazuje maluchom ważną lekcję, że nie zawsze to, czego chcą jest dla nich najlepsze. Chęć bycia dorosłym odbiera Zuzi całą radość dzieciństwa. Ulubione lizaki nie smakują tak jak dawniej, pupa klinuje się w huśtawce, chociaż nie jest uczniem to musi iść do szkoły i tam pracować, a od chodzenia w szpilkach strasznie bolą ją nogi! Ale nawet pomijając morał jaki płynie z tej bajki (choć to nie jedyny, jaki w niej znajdziecie ze swoimi maluchami), bardzo podobał mi się użyty w niej język. W książeczce występuje wiele słów, których nie używa się na co dzień, a warto je znać. Dzięki poznaniu nowych słów dziecko rozwija swój język i lepiej rozumie świat.

Zuzia, chociaż jest niesfornym dzieckiem, to ma bardzo wielkie serce i uczy się na swoich błędach. Na straży jej bezpieczeństwa, poza rodziną stoją także Dobre Wróżki, które również dadzą się pokochać małemu czytelnikowi. Warto podsunąć serię o Zuzi i Dobrych Wróżkach dzieciom, bo z pewnością wyniosą z niej wiele dobrego.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szkrabajki.


Świt legend - Mariusz Walczak

Świt legend - Mariusz Walczak

„Świt legend” to druga pozycja Wydawnictwa AlterNatywne, z jaką miałam do czynienia. Pierwszą z nich była „Bitwa o nonsens” i nie mam z nią związanych nadzwyczaj miłych wspomnień. Można wręcz powiedzieć, że mi się nie podobała. Po kolejną książkę zdecydowałam się sięgnąć przede wszystkim dlatego, że skusił mnie opis oraz to, że pozycja nie jest obszerna – posiada jedynie około 200 stron, więc w przypadku, gdyby mi się nie spodobała, nie męczyłabym się z nią długo. A jak wyszło w praktyce?

Wydawnictwo: AlterNatywne

Autor: Mariusz Walczak

Tytuł oryginału: Świt legend

Data wydania: 13 grudnia 2019 r.

Liczba stron: 206

Kategoria: fantastyka, fantasy

Przez lasy Dziedzictwa podąża przeklęty bard, który swój „krzyż” może przekazać jedynie poprzez opowieść. Warunkiem jest to, aby słuchacz spał, a opowieść została dokończona. Pewnego dnia w danych lasach pojawia się trójka złodziei. Natrafiają oni na barda, który rozpoczyna opowieść. Czy tym razem klątwa zostanie przekazana? Jaką opowieść przekazuje przeklęty i jaki jest jej finał?

Po pierwszych kilkunastu, może kilkudziesięciu stronach książki miałam wrażenie, że to kolejny przysłowiowy odgrzewany kotlet. Przeklęta postać, która stara się oddać swój ciężar, opowieść, która zmienia losy bohaterów – cóż za oklepany temat. Ale czyż znane schematy nie budzą największego zainteresowania?

Z pewnością mogę stwierdzić, że Mariusz Walczak miał pomysł na tę książkę. I choć spotkałam się już z podobnymi motywami, to on zrobił to zupełnie inaczej. Można określić, że książka była nieoczywiście oczywista. Sama fabuła może nie trzyma w napięciu jak thriller i nie mrozi krwi w żyłach, jak horror, ale ma w sobie to coś. Ujęła mnie z całą pewnością prostota opowieści połączona z pięknym językiem, jakiego używał autor. Słownictwo jest bardziej wyszukane, niż w większości książek z gatunku, a jednakowo nie męczy, co zasługuje na ogromny plus.

Co do postaci – nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Poza tym, że sam bard wydawał mi się postacią lekko naciąganą, to nie mogę w pełni tego stwierdzić, bo nie mogłam go poznać bliżej przez tak krótki czas. To samo tyczy się reszty bohaterów – w ciągu 200 stron ciężko ich poznać, ale nie mam im nic szczególnego do zarzucenia. Świat przedstawiony wydaje się być prawidłowo skonstruowany, a przynajmniej na tyle, żeby prawidłowo wczuć się w klimat powieści. Całość oceniam więc na plus.

Jeśli chodzi o samą okładkę, to również nie mogę powiedzieć nic złego na jej temat. Główny motyw nawiązuje zarówno do treści książki, jak i do innych klasyków. Mnie na przykład przywodzi na myśl Hobbita oraz Władcę Pierścieni. Możliwe, że jest to swojego rodzaju chwyt marketingowy, ale zupełnie niegroźny i ładnie wkomponowany.

Książka nie jest tylko poprawna, ale zdecydowanie przyjemnie spędza się przy niej czas. Można ją uznać za lekki i krótki przerywnik między cięższą literaturą. „Świt legend” ma w sobie zdecydowany potencjał i serdecznie polecam tę pozycję osobom lubującym się w literaturze fantastycznej. Mimo, że całość może nie wyrywa z butów, to zasługuje na uwagę i solidną ocenę.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem dużeKa.


 

Sopel bramkostrzelny, czyli najdroższy transfer w historii piłki nożnej (Akademia Szpiegów Tom 3.)

Sopel bramkostrzelny, czyli najdroższy transfer w historii piłki nożnej (Akademia Szpiegów Tom 3.)

„Sopel bramkostrzelny, czyli najdroższy transfer w historii piłki nożnej” to trzecia książka z cyklu Akademii Szpiegów Ewy Nowak, a druga książka, którą miałam przyjemność czytać. Tym razem Anakin, Omega i Czternasty stają przed niezwykle zagmatwaną zagadką – muszą znaleźć winowajcę, który zapobiegł znaczącemu transferowi.

Wydawnictwo: Czarna Owca

Autor: Ewa Nowak

Tytuł oryginału: Sopel bramkostrzelny, czyli najdroższy transfer w historii piłki nożnej

Seria: Akademia Szpiegów

Ilustracje: Izabela Madeja

Data wydania: 26.02.2020 r.

Liczba stron: 120

Kategoria: literatura dziecięca

Sopel bramkostrzelny to cieszący się dużą popularnością, doskonałą kondycją oraz wyjątkową skutecznością w zakresie zdobywania goli sportowiec. Jego kariera właśnie nabrała rozpędu i miała wskoczyć na kolejny poziom lecz ktoś stanął na drodze do rozwoju piłkarza. Kto mógłby chcieć porażki Sopla? Zazdrosny kolega z boiska? Trener, który za bardzo przywiązał się do podopiecznego? A może Włosi, którzy z jakiegoś powodu nie chcieli jednak wykupić sportowca? Wszystkie poszlaki zbadają mali szpiedzy.

Książka podobała mi się odrobinę mniej niż jej poprzedniczka „Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera”. Nie potrafię jednak tego uzasadnić. Być może tematyka, która była poruszana w lekturze mniej mi odpowiadała – w końcu nie jestem fanką piłki nożnej. Aczkolwiek na pewno nie stwierdzam, że książka jest zła. Ma swój urok i ciekawą fabułę, tyle że tym razem bliższa jest chłopcom.

Jeśli chodzi o bohaterów – tak jak w poprzedniej części byli fajnie wykreowani, choć mniej było ich samodzielnych zasług w rozwiązaniu zagadki. Dużo robili w duecie, czasem coś przyszło samo. Trochę brakowało mi ich indywidualnych charakterów, ale z drugiej strony miło było zobaczyć, że potrafią razem działać i idzie im to tak dobrze.

W fabule zabrakło mi głębokości i wielowymiarowości. Nie do końca mogę opisać, co dokładnie mam na myśli, nie zdradzając wydarzeń którejś z książek. Wydaje mi się, że w drugiej części cyklu poza dwoma wątkami i kilkoma motywami było również jakieś drugie dno, motto, myśl przewodnia, czy jakkolwiek to inaczej możnaby nazwać. Poza tym w „Najdroższym bananie świata...” autorka razem z ilustratorką Izabelą Madeja zastosowały ciekawy zabieg ukazania w nieco prostszy i bardziej przejrzysty sposób głównych podejrzanych. Dzięki temu młodsi czytelnicy mieli ułatwiony odbiór i  mogli podążać z bohaterami – tutaj mi tego brakowało.

Mimo wszystko książka zasługuje na uwagę młodszych czytelników. Nie tylko chłopców - dziewczynki, nawet te, które nie lubią piłki nożnej też mogą znaleźć coś dla siebie. Moje uznanie zdobywa okładka, która przede wszystkim jest twarda. Uwielbiam grube oprawy, bo dzięki nim nie muszę się martwić wyłamanymi grzbietami. Po raz kolejny do gustu przypadły mi ilustracje, doceniam także projekt okładki. Teraz, kiedy posiadam już dwie części mogę również podziwiać dwa grzbiety, które ładnie ze sobą wyglądają, co też bardzo zaspokaja moją wewnętrzną potrzebę estetyki.

Podsumowując – bierzcie i czytajcie to wszyscy. Oczywiście młodzi w pierwszej kolejności, ale ja też mimo swojego „dorosłego” wieku dobrze się bawiłam. Z chęcią przeczytam następne książki z serii autorstwa Ewy Nowak (jeśli takie będą) i z przyjemnością sięgnę również po zaległą pierwszą część cyklu.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem dużeKa.


 

Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera - Ewa Nowak (Akademia Szpiegów Tom 2.)

Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera - Ewa Nowak (Akademia Szpiegów Tom 2.)

Anakin, Omega i Czternasty wyruszają na poszukiwanie najdroższego banana na świecie. Jeśli ten zaginiony przedmiot wpadnie w niepowołane ręce, światem może wstrząsnąć kataklizm. A przynajmniej światem gier komputerowych.

 Wydawnictwo: Czarna Owca

Autor: Ewa Nowak

Tytuł oryginału: Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera

Seria: Akademia Szpiegów

Ilustracje: Izabela Madeja

Data wydania: 15.01.2020 r.

Liczba stron: 100

Kategoria: literatura dziecięca

“Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera” jest książką dla dzieci w wieku 9+. Sama fabuła mogłaby zostać przedstawiona już młodszym dzieciom, aczkolwiek zdarzają się słowa, których mogłyby one nie zrozumieć. Wszystko jest oczywiście kwestią indywidualną, więc to rodzic powinien zdecydować, czy pociecha jest gotowa na taką lekturę.

Tytułowy najdroższy banan świata to nic innego, jak pen-drive z najnowszą wersją popularnej gry komputerowej, której premiera zbliża się wielkimi krokami i wszyscy chcą ją mieć bez względu na koszty. Książka wiedzie nas przez nietuzinkowe śledztwo, które prowadzi dwójka uczniów. Rozwiązują oni zagadkę pod przywództwem Czternastego - jedynego dorosłego w ich zespole tajnych szpiegów operacyjnych. W trakcie operacji Anakin i Omega stają przed trudnymi pytaniami, wielkimi zaskoczeniami i fantastycznymi rozwiązaniami w ciężkich sytuacjach.

Podobało mi się, że książka nie stawia gotowych odpowiedzi przed czytelnikiem. Zmusza do myślenia, dzięki czemu dziecko podczas świetnej rozrywki może wciąż się rozwijać. Lektura może zachęcić do spędzania wolnego czasu właśnie w taki sposób - gdybym to ja trafiła na tę książkę w dzieciństwie, z pewnością z miejsca pokochałabym czytanie.

Znalazłam w tej książce również pomoc w akceptacji własnych niepowodzeń. Sposób, w jaki Anakin potrafi przyznać się do błędów, samemu sobie je uświadamia, daje nam nadzieję, że nasze dziecko również zachowa się podobnie w takiej sytuacji. Naturalne zachowanie postaci sprawia, że każda sytuacja staje się prawdopodobna w naszych oczach. Sama fikcja literacka jest niemal niezauważalna.

Książka jest lekka i łatwa do przyswojenia. Została napisana przystępnym językiem, adekwatnym do wieku czytelników. W dodatku posiada odpowiednią ilość stron - nie jest ani za długa, ani za krótka. Ilustracje sprawiają, że jest jeszcze łatwiejsza w odbiorze. Izabela Madeja oddała w swoich ilustracjach każdą scenę w stosownie realistyczny sposób, zostawiając idealną przestrzeń dla wyobraźni dzieciaków.

Jeśli chcecie zatem zachęcić swoje dzieci do czytania i nie wiecie jak to zrobić, świetnym pomysłem będzie “Najdroższy banan świata, czyli kto wykradł grę z komputera” Ewy Nowak. Książka w klimatach Sherlocka Holmesa zawsze jest dobrym wyborem, a zagadka do rozsupłania przyciągnie każdego młodego czytelnika.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała przy współpracy z portalem dużeKa.



 Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie - Kelsey Miller

Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie - Kelsey Miller

FRIENDS – serial, który znany jest chyba każdej jednostce na tej planecie. Każda osoba musiała choć raz w życiu natknąć się na ten serial, niekoniecznie w telewizji - być może na łamach gazet. Z okazji dwudziestopięciolecia sitcomu, liczonego od emisji pierwszego odcinka we wrześniu 1994 roku, wszystkie znane mi media próbowały uczcić w jakiś sposób ten szczególny czas. Wydawnictwo SQN wydało niesamowitą i poruszającą książkę – „Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie”.

Wydawnictwo: Sine Que Non (SQN)

Autor: Kelsey Miller

Polski tytuł: Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie

Tytuł oryginału: I’ll be there for you: The one about Friends

Data wydania: 18 września 2019 r.

Liczba stron: 380

Kategoria: film, kino, telewizja

Czy tytuł książki nie wydaje się Wam infantylny? Nie? Doskonale, bo to oznacza, że jesteście prawdziwymi fanami Przyjaciół. To nie pierwsze miejsce, gdzie spotykam się z takim określeniem. Trivial Pursuit Przyjaciele – quiz znajomości serialu, również na jednej z kart posługuje się takim właśnie epitetem. Sitcom stał się prawdziwym fenomenem w skali światowej, bił rekordy oglądalności, a aktorzy wyznaczali nowe trendy, nie tylko modowe, ale również związane z ich zawodem. Nazwanie Friendsów mianem najlepszego serialu na świecie jest w moich oczach jak najbardziej adekwatne.

Książka prowadzi nas na powrót przez najważniejsze odcinki i światowe wydarzenia z okresu emisji. Opowiada o tym, w jaki sposób powstał pomysł na fabułę. Jakie wydarzenia sprawiły, że aktorzy dostali swoje role. Mówi nawet o tym, jak kręcono znaną wszystkim czołówkę (co nie było takie łatwe, jak się wydaje) i dlaczego właśnie piosenka zespołu The Rembrandts jest tą najbardziej kojarzoną z serialem. „Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie” pozwala nam przeżyć całą historię jeszcze raz, dodatkowo zdradzając nowe ciekawostki, których nie znał na pewno żaden, nawet największy fan.

Nie umiem wyobrazić sobie, że mogłabym nie przeczytać tej pozycji. Była to jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Lektura zajęła mi bardzo niewiele czasu, można powiedzieć, że ją wręcz połknęłam. Niesamowicie było zagłębić się w znajomy i przyjazny świat, w którym wszystkie troski szybko odchodzą, a problemy same się rozwiązują. I chociaż dzięki tej książce wiem, że tworzenie serialu nie przychodziło z całkowitą łatwością, wiem także, że praca na planie sprawiała wszystkim radość.

Najbardziej w książce podobały mi się rozdziały na temat tego:

- w jaki sposób aktorzy stali się szóstką znanych wszystkim Przyjaciół - mimo że niektóre fakty znałam, przyjemnie było przeczytać o tym z bardziej wiarygodnego źródła niż internet;

- jak serial pomógł zmienić postrzeganie świata, choć może nie do końca taki był zamysł. Serial z pewnością wiele robił „pod publikę”. W pewnym czasie zaczął być nazywany homofobicznym ze względu na wiele żartów jakie się w nim znalazło, ale w ten sposób również, mimo wszystko, udało się mu znieść tabu, dotyczące orientacji seksualnych;

- jak serial odnosił się do bieżących wydarzeń. Pomijając humorystyczny nastrój sitcomu, aktorzy i realizatorzy zdawali sobie sprawę z powagi niektórych wydarzeń na świecie, jakim na przykład był zamach z 11 września 2001 roku - Manhatan, czyli miejsce głównej akcji serialu, znajdował się w strefie zero. Nic więc dziwnego, że wszyscy postarali się to w jakiś sposób rozwiązać.

Jeśli chcecie wiedzieć, co tak bardzo zachwyciło mnie w tej książce, sami musicie po nią sięgnąć. Ja zdecydowanie gorąco ją polecam, choć wiem, że tylko fani Przyjaciół znajdą w jej lekturze tyle przyjemności, co ja. Zachęcam nie tylko do książki, jeśli w jakikolwiek sposób udało Wam się ominąć ten wspaniały serial, koniecznie musicie to nadrobić.  

Moja ocena: 10/10


Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger