[47] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w listopadzie [#2]

[47] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w listopadzie [#2]



Z lekkim opóźnieniem z przyczyn technicznych i z powodu przedświątecznego rozgardiaszu wracam z rozpoczętą miesiąc temu serią „Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam”. W tym cyklu pokazuję posty z innych stron, blogów, które wydały mi się interesujące w minionym miesiącu. Jedna recenzja, dwa posty okołoksiążkowe i opis nowości z danego miesiąca, którą posiadam lub chciałabym posiadać, oraz post niezwiązany lub luźno związany z literaturą. Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do meritum.

1. Wiewiórka w Okularach w recenzji „Bez wytchnienia” Michała Matuszaka


Ta recenzja trafiła tutaj przede wszystkim ze względu na tematykę książki. Co by było, gdyby religia była jedynym wyznacznikiem naszego życia. Wszystko byłoby podporządkowane jedynie względem katolicyzmu. Dla mnie brzmi przerażająco… Co prawda opinia Wiewiórki na temat książki nie jest zbyt pochlebna, ale to właśnie sprawia, że tym bardziej powinna się tutaj znaleźć. Sama autorka bloga pisze: „<<Bez wytchnienia>> miało naprawdę spory potencjał, wynikający z pomysłu i całej koncepcji na świat przedstawiony.”. Może więc całość niekoniecznie jest spisana na straty?

2. Niekulturalnie o tym, jak napisać recenzję



Kasia z Niekulturalnie.pl napisała mini poradnik dla mniej lub bardziej początkujących blogerów. A raczej dla tych, którzy naprawdę dopiero zaczynają. Przyznam, że blogerka napisała doskonały post na ten temat i gdybym ja była na początku mojej „kariery”, to na pewno kierowałbym się poradami Kasi. Chociaż i ja znalazłam kilka elementów, do których będę często zaglądać i odświeżać pamięć. Zdecydowanie jeden z lepszych zakątków sieci, które odwiedziłam w listopadzie. 


3. Niestatystyczny i artykuł o nastoletnich bohaterkach, które nie powinny nas wkurzyć


„Nastoletnie bohaterki powieści, które Cię nie wkurzą” – dosyć obiecujący tytuł. Ale podzielam zdanie autora o bohaterkach, które są kreowane na podstawie żyjących kiedyś młodych kobiet. Do wymienionych postaci dodałabym jeszcze Stivie Bell z książki Maureen Johnson „Nieodgadniony”. Jak dotąd nie zdążyła mnie zirytować. Ciężko jest wykreować bohaterkę, która nas zachwyci, więc ten post tym bardziej jest potrzebny. Będziemy mieć pewność, że przynajmniej tych kilka dziewczyn nie przyczyni się do powstawania wrzodów na żołądku.

4. Ewa Podsiadły – Natorska – Wściekłe


Niedaleka przyszłość – będąca u progu totalitaryzmu Polska realizuje pionierskie Programy Udoskonalania Rodziny. Niezamężne kobiety są napiętnowane: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy nocą wyjść z domu, ponieważ na ulicach grasują bojówki. Kwitnie propaganda. Każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany, a donosicielstwo nagradzane.
Tamara Taszycka, której babcia zaczytywała się w „Bluszczu”, a którą matka nauczyła, że nie jest gorsza od żadnego mężczyzny, staje na czele partyzanckiej grupy sprzeciwiającej się ograniczaniu praw i swobód Polek. Wspólnie z kobietami jak ona wściekłymi na system planuje akcje wymierzone przeciwko rządowi. Przez oponentów nazywana „maskulinistką” i „feminazistką”, zafascynowana Glorią Steinem oraz Freddiem Mercurym, żyjąca w totalnej konspiracji, nierozumiana przez najbliższych, rozpoczyna rewolucję, za którą przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę.

5. Nflix z oficjalnym zwiastunem nowego serialu Netflixa – Pachnidło na podstawie powieści Patricka Süskinda


„Współczesna emocjonująca wersja powieści Patricka Süskinda o wonnościach, pasji i seryjnym morderstwie. W przeszłości szóstkę uczniów szkoły z internatem połączyło zamiłowanie do zapachów. Kiedy po latach zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanej członkini grupy, podejrzenia policji padają na pozostałą piątkę przyjaciół.”
Premiera już 21 grudnia bieżącego roku, a ja nie mogę się doczekać, chociaż książki jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Ale obiecuję, że nadrobię, bo z opisu wynika, że warto.
                                        ____________________________________________

A Wy co ciekawego znaleźliście w sieci w listopadzie? Podzielcie się w komentarzach.

[46] Magia ukryta w kamieniu - Katarzyna Grabowska [Book Tour #3]

[46] Magia ukryta w kamieniu - Katarzyna Grabowska [Book Tour #3]


Po raz kolejny brałam udział w Book Tour, tym razem zorganizowanym przez blog Kraina Książką Zwana. Przedmiotem zabawy była powieść polskiej autorki Katarzyny Grabowskiej „Magia ukryta w kamieniu”. Fajnym pomysłem organizatorów było dołączenie do akcji konkursu, w którym trzeba napisać recenzję. Autor najlepszej zostanie zwycięzcą.


Wydawnictwo: Videograf SA
Autor: Katarzyna Grabowska
Tytuł oryginału: Magia ukryta w kamieniu
Data wydania: 13 marca 2018 r.
Liczba stron: 432
Kategoria: fantastyka
Moja ocena: 4/10

Książki raczej nie wygram. Przyznaję się bez bicia, że zupełnie zapomniałam o tym konkursie i o szybkim napisaniu recenzji. I nie oszukujmy się, ocena sama mówi, co sądzę o lekturze. Nie jest to literatura najwyższych lotów. Sam pomysł ciekawy, całość zupełnie przeciętna, według mnie nie ma się czym zachwycać.

Zacznijmy od początku… Świat przedstawiony osadzony jest w średniowieczu, do którego w magiczny sposób przenosi się nasza główna bohaterka – Julia. Sama nie jestem orłem w dziedzinie historii, zazwyczaj nie czytam też książek traktujących o średniowieczu, a nawet takich, których akcja rozgrywa się w tym czasie. Dlatego tak dziwi mnie fakt, że cała otoczka wydawała mi się zmyślona i odrobinę sztampowa. Tak, jakby autorka nie postarała się o to, żeby zdobyć więcej informacji na temat tamtego okresu, tego jak ludzie rozmawiali, zachowywali się, myśleli. Być może to tylko moje przeświadczenie, dlatego że ja nie mam żadnego doświadczenia w tym temacie, ale bardzo mnie ten fakt irytował.

Równie denerwujący był sposób narracji. Choć Pani Katarzyna ma ogromny zasób słownictwa, jej styl miejscami porównywałam do sposobu pisania czternastolatki. Zdecydowanie odczułam przerost formy nad treścią. Ale największą konsternację wzbudzało we mnie myślenie głównej bohaterki. Julia - młoda, zapewne około 20-letnia dziewczyna (nie pamiętam dokładnie), z teraźniejszości, za pomocą kamienia, trafia do średniowiecza i nagle, automatycznie rozmawia po „ichnemu”. Zupełnie jakby miała jakiś przełącznik języków i ktoś ją programował. Ale, ale! To, jak mówi nie jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Najdziwniejsze, że myśli (prowadzi narrację) też w ten dziwny sposób. Jej wszystkie przemyślenia i spostrzeżenia wyrażane są także w średniowiecznym dialekcie.

Z całym szacunkiem, ale Julia jest zwyczajnie głupia. Niestety nie da się tego inaczej określić. Jak niby inaczej nazwać osobę, która wie, że jest w świecie podobnym do średniowiecza, a pyta dlaczego ktoś nie zrobił rodzącej cesarskiego cięcia… Naprawdę ręce mi opadły. W ogóle jej zachowanie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nasza bohaterka bez przerwy pchała się w kłopoty i to w tak idiotyczny sposób, że brak mi słów. Nie ma chyba niczego gorszego niż nierozgarnięta główna postać.

Wkraczając do tej nieznanej krainy, Julia udaje czarodziejkę, żeby nie zostać zabitą przez rycerzy. Cóż za elokwencja! Zupełnie tak, jakby dobrych wróżek wtedy nie zabijali… Dziwnym trafem, gdzieś w połowie książki, wszyscy zapominają o tym fakcie i traktują ją jak zwykłego śmiertelnika. Nikt się jej nie obawia, nikt nie prosi jej o pomoc, a sami muszą ratować ją z tarapatów, w które sama się wpakowała. Oczywiście nie obyło się bez wątku miłosnego. Trójkąt miłosny, który nie jest trójkątem, tylko urojeniem. Ale akurat ta zawiłość interesów udała się autorce najbardziej. I nie można jej też odmówić poczucia humoru, który jako jedyny przytrzymywał mnie przy książce.

„Z okrzykiem triumfu wyciągnęłam coś, czego szukałam i pospiesznie naciągnęłam na siebie. 
Niech żyją majtki - to najwspanialszy wynalazek ludzkości.”

Książka powinna zostać znacznie skrócona. Bez przerwy pojawiały się powtórzenia. Można było przeczytać o tym, że Julia chce się stamtąd wydostać, albo dowiedzieć kim jest tajemniczy Mateo co trzy czwarte strony, tylko w lekko zmienionym szyku. Ilość niepotrzebnych, nie wnoszących nic do fabuły wtrąceń też była zbyt duża. Gdyby wyciągnąć wszystko, co było zbędne, otrzymalibyśmy o wiele krótszą książkę.

Książka jest niedopracowana, a jednak dostała ode mnie aż czwórkę. Jeśli brać pod uwagę wszystko, co napisałam wcześniej, powinna dostać 2/10 i nigdy więcej nie wracać do moich wspomnień. A jednak coś przyciągnęło mnie w niej na tyle, że jestem ciekawa dalszego ciągu. Nie umiem określić co to jest. Być może nierozwiązana sprawa, albo humor autorki, bądź nadzieja, że następna część jest lepsza? Nieważne co to jest, czekam na kolejny Book Tour z drugą częścią cyklu. A to, czy warto przeczytać tę polską powieść fantasy, zostawiam Waszemu własnemu osądowi.

[45] Świąteczne Targi Książki w Rzeszowie 2018 r.

[45] Świąteczne Targi Książki w Rzeszowie 2018 r.


23 i 24 listopada bieżącego roku w Rzeszowie odbywały się Świąteczne Targi Książki. Ja niestety, z przyczyn technicznych, mogłam być tam tylko w drugim dniu. Mimo, że to dosyć krótko – nie żałuję. Trafiłam chyba na lepszy z tych dwóch dni pod względem atrakcji.
Wybierałam się na spotkania z zaproszonymi gośćmi na godzinę 15, ale że przyjechałam odrobinę wcześniej, to zdążyłam jeszcze na końcówkę wywiadu z Joanną Brodzik i Radosławem Figurą. Promowali wydaną w czerwcu tego roku książkę „Magda M. Ciąg dalszy nastąpił”.  Niestety byłam na tym spotkaniu zbyt krótko, żeby coś konkretnego o nim powiedzieć, ale dla fanów serialu na pewno dobrą wiadomością będzie to, że jeszcze przed wakacjami mogą spodziewać się kolejnej części książki.

Następnie na scenę wkroczyła Olga Rudnicka. Po wszystkich odpowiedziach, których udzieliła, nie mogę określić, czy polubiłabym się z autorką osobiście. Za to szczerze mogę powiedzieć, że podoba mi się jako pisarka. Olga jest bardzo zakręcona, żyje w swoim własnym świecie, nie potrafi odróżnić snu od jawy i otwarcie się do tego przyznaje. Opis idealnie pasuje właśnie do pisarza, który nie może oderwać się od słowa pisanego i wciąż buja w obłokach. Ta młoda powieściopisarka również ogłosiła dobrą nowinę. Trylogia o Nataliach już w 2019 roku przestanie być trylogią. Choć według mnie akurat Natalie są tymi gorszymi książkami z jej repertuaru, to dam im jeszcze jedną szansę. Każda kolejna część była lepsza od poprzedniej, więc być może czwarta będzie rewelacyjna?

Kolejnego wywiadu udzielił Zygmunt Miłoszewski, który promował swoją najnowszą powieść „Jak zawsze”. Tym razem nie było żadnych zapowiedzi dotyczących kolejnych książek, za to było bardzo zabawnie. Pan Zygmunt okazał się człowiekiem z ciekawym poczuciem humoru. Poza tym podczas tego spotkania publiczność była najbardziej zróżnicowana. Od młodych dorosłych, po osoby starsze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, wszyscy uważnie słuchali, co autor chcę nam o sobie powiedzieć. Pisarz zachęcał do przeczytania jego powieści ze słowami, które są dla niego bardzo charakterystyczne: seks i historia Polski – same dobre rzeczy. Może więc warto spróbować.


Na koniec biernie brałam udział w panelu „Drugie życie książki. Adaptacje filmowe”. W tej debacie uczestniczyli: Zygmunt Miłoszewski, Radosław Figura, Andrzej Saramonowicz oraz Paweł Trześniowski. Godzina spędzona z tymi czterema mężczyznami była najciekawsza. Fajnie było poznać różne punkty widzenia na ten sam temat. Różnice między pisaniem książki, a kreśleniem scenariusza są ogromne. Artyści opowiadali o swoich ulubionych ekranizacjach i porównywali kilka różnych filmów nakręconych na podstawie tej samej książki. Stanowczo podkreślili, że produkcja filmowa nie musi być zawsze idealnym odwzorowaniem książki, a jedynie luźną interpretacją. Zadaniem książki jest zainspirowanie scenarzysty, aby ten oddał wszystko, co ważne, na ekranie w swój własny sposób.

Pod względem technicznym targi były dosyć przeciętne. W czasie wielkiego „BUM” na Black Friday organizacja może być utrudniona. W szczególności jeśli chodzi o miejsca parkingowe. Targi odbywają się w Millenium Hall, więc po parkingu trzeba się kręcić sporo czasu, zanim znajdzie się miejsce. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia niezależna od organizatorów, ale dosyć uciążliwa. Mam też wrażenie, że w tym roku było mniej wystawców niż w roku poprzednim. Może jakościowo lepsze, ale nie było za bardzo między czym wybierać. Dlatego z targów przywiozłam tylko jedną, ale pięknie zapakowaną książkę i jedną, drewnianą zakładkę.


Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona z tych targów. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie, mam już co z czym porównywać. Spotkania z autorami były ciekawe, pytania zadawane gościom również. Nie można w tym miejscy umniejszać roli dziennikarzy – Marzeny Kłeczek – Krawiec, Beaty Terczyńskiej, Adama Głaczyńskiego i Tomasza Sekielskiego – którzy prowadzili te cztery spotkania. Trochę rozczarowywała mała liczba stoisk, ale generalnie nie było najgorzej. Z roku a rok rzeszowskie targi się rozrastają, więc czekam czym mnie zaskoczą za 12 miesięcy.

Może ktoś z Was był na tych targach? Lub będzie za rok? A może jeździcie do innych miast? Opowiedzcie o swoich doświadczeniach.
[44] Martwa Natura - Louise Penny

[44] Martwa Natura - Louise Penny


Małe miasteczko, mała społeczność, trzy sosny i zbrodnia doskonała. Tymi słowami można całkiem dokładnie opisać treść książki. Ale kwintesencja tkwi dużo, dużo głębiej. Być może mroczne wydarzenia mają swój początek gdzieś głęboko w nas. Kiełkują powoli przez lata, w postaci złych emocji, by w końcu wyrosnąć do olbrzymich rozmiarów. I dopiero wtedy wychodzą z ukrycia.


Wydawnictwo: Poradnia K
Autor: Louise Penny
Polski tytuł: Martwa Natura/Martwy Punkt
Tytuł oryginału: Still Life
Data wydania: 28 luty 2018 r.
Liczba stron: 350
Kategoria: kryminał, thriller
Moja ocena: 7/10

„Martwa Natura”, znana również pod tytułem „Martwy Punkt”, pierwsza część serii o inspektorze Gamache, którą mogłam ocenić na przeciętną, ale czyta się ją z tak zapartym tchem, że nie mogłam tego zrobić.

„I właśnie gdy ujął w dłoń właściwą puszkę, czajnik zagwizdał. 
Nagła śmierć wymaga earl greya.”

W małym miasteczku Three Pines zdarza się niespodziewana śmierć powszechnie szanowanej staruszki. Jane Neal, emerytowana nauczycielka, spokojna kobieta, skryta malarka, która nikomu nie mogła wyrządzić żadnej krzywdy. Ale ktoś mógł tę krzywdę wyrządzić jej. I zadał jej śmierć w niecodzienny sposób, dosyć osobliwy – łukiem i strzałą. Przed inspektorem Gamache i jego nową praktykantką Nichol stoi nie lada wyzwanie, aby znaleźć sprawcę. Mieszkańcy tej małej mieściny nie będą im tego ułatwiać.

Dużym plusem tej powieści kryminalnej jest właśnie ta niecodzienna sprawa. Ile współczesnych książek traktuje o zabójstwie za pomocą łuku i strzał? Pewnie niewiele. Można powiedzieć, że właśnie przede wszystkim dlatego zdecydowałam się zrecenzować tę pozycję. Chciałam przełamać rutynę, odnaleźć coś zupełnie nowego. Kryminał mi na to pozwolił, nie mogłam się od niego oderwać.

Przez dłuższy czas myślałam, że książkę napisał mężczyzna. Moja niewiedza wynikała znów z nieczytania tylnej okładki. Ale gdy już zostałam uświadomiona, wszystkie elementy układanki złożyły się w całość. Żaden mężczyzna nie ująłby tak doskonale kobiecych emocji, ba, nawet by się o to nie pokusił. Poza tym język jest pięknie poetycki, można zaczytać się, tracąc świadomość otaczającego nas świata i czytać, i czytać, i czytać…

„Normalnie śmierć przychodzi nocą, zabiera człowieka we śnie, zatrzymując mu serce, albo łaskocze, aż ten rozbudzi się i da poprowadzić się straszliwym bólem głowy do łazienki, zanim tam skoczy na niego, zalewając mózg krwią. Czai się w zaułkach i na stacjach metra. Po zachodzie słońca ubrani na biało strażnicy odłączają wtyczki i zapraszają śmierć do sterylnych pokojów.

Ale wiejska śmierć przychodzi nieproszona, w ciągu dnia. Zabiera rybaków z ich łodzi. Łapie za kostkę kąpiące się dzieci. W zimie woła do nich z podnóża stoków zbyt trudnych do zdobycia na ich dopiero rozwijające się umiejętności i krzyżuje czubki ich nart. Wyczekuje na brzegu, gdzie do niedawna śnieg spotykał się z lodem, lecz teraz ukryta przed czyimkolwiek wzrokiem woda dotyka brzegu, a łyżwiarz zatacza krąg szerszy, niż zamierzał. Śmierć stoi w lesie o świcie i o zmroku, z łukiem i strzałą. W biały dzień ściąga samochody z drogi, z kołami boksującymi z furią w śniegu lub barwnych jesiennych liściach.”


Owszem, znalazłam kilka elementów, które nie współgrały z całością, ale myślę, że była to bardziej wina tłumaczenia. Mówiąc o zgrzytach mam na myśli, na przykład momenty, gdy wtrącone jest jakieś zdanie niewiadomego pochodzenia. Początkowo zastanawiałam się, czy to ja czytam zbyt pobieżnie, ale po kilku takich razach utwierdziłam się w przekonaniu, że ze mną jest wszystko w porządku.

W zasadzie jeśli chodzi o tę pozycję, nie mam już nic więcej do dodania. Całość jest napisana według znanego schematu, ale w pozytywnym znaczeniu. Plan jest nam znany, ale okoliczności są tak niecodzienne, że nie czujemy znużenia. O okładce też nie ma nic konkretnego do powiedzenia – klimatyczna, ładna, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym na plus, ani na minus. Jeden dodatni punkt daję w nadziei na kolejne pozytywne wrażenia w następnej części cyklu, którą już niedługo zaczynam.

„Martwa Natura” jest nie tylko dobrym kryminałem, ale też całkiem niezłym thrillerem psychologicznym. Wszystkie wydarzenia rozgrywające się w małej społeczności pozwalają nam zastanowić się nad naszą (martwą) naturą i odkryć tę ciemniejszą stronę, której nie chcemy wypuszczać na światło dzienne. Powieść bardzo dobra, choć pozostawia pewien niedosyt. W każdym razie polecam ją każdemu żądnemu emocji czytelnikowi.



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poradnia K.

[43] Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń - Chris Colfer

[43] Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń - Chris Colfer


„Pewnego dnia będziesz wystarczająco dorosła, by znów czytać baśnie” – tymi słowami C. S. Lewisa autor wprowadza nas w swoją całkiem nową, barwną baśń. Tylko co robi cytat o stawaniu się dorosłym w książce dla dzieci?


Wydawnictwo: Młodzieżówka
Autor: Chris Colfer
Polski tytuł: Kraina Opowieści. Zaklęcie Życzeń
Tytuł oryginału: The Land of Stories. The Wishing Spell
Data wydania: 3 października 2018 r.
Liczba stron: 436
Kategoria: literatura młodzieżowa, baśnie, literatura dziecięca
Moja ocena: 9/10

Chris Colfer – 28-letni aktor, piosenkarz i pisarz. Przyznam, że gdy Wydawnictwo zaproponowało mi egzemplarz do recenzji, zachwalając pod niebiosa tego młodego artystę, pierwszym co pomyślałam było: „a kto to w ogóle jest?”. Okazuje się, że autor „Krainy Opowieści” podbija serca mężczyzn i kobiet (bezowocnie) dzięki roli w serialu musicalowym Glee. Jedyny wniosek jaki mi się w tym momencie nasuwa, jest taki, że mam wiele rzeczy do nadrobienia.

„Pewnego razu, dawno temu... - powiedziała pani Peters 
do swoich szóstoklasistów. - to najbardziej magiczne słowa, 
jakie kiedykolwiek znał nasz świat. 
Otwierają bramę do najważniejszych historii, jakie kiedykolwiek opowiedziano. 
Stanowią wezwanie dla każdego, kto je usłyszy, wezwanie do świata, 
w którym każdy jest mile widziany i w którym wszystko może się zdarzyć. 
Myszy mogą się przemienić w ludzi, służące zostają księżniczkami, 
a z tych perypetii wynikają cenne morały.”

„Zaklęcie Życzeń” jest pierwszą częścią baśniowego cyklu, a ja już nie mogę doczekać się następnej książki. Poznajemy dwójkę bohaterów – rodzeństwo, a dokładniej bliźnięta – Alex i Connera, których życie przypomina koszmar. W krótkim czasie musieli dorosnąć, zostali półsierotami i stracili dom z ogrodem idealnie przystosowanym do zabawy. Dla ich młodych serc jest to najgorsze, dotąd poznane uczucie. W tym momencie od babci dostają niezwykły prezent, jakim są baśnie Andersena i braci Grimm w jednej, ogromnej, starej księdze. Żadne z nich nie przeczuwa, że prezent może stać się bardziej niezwykły niż sądzą.

"Alicja trafiła do Krainy Czarów po tym jak wpadła do króliczek nory. 
Domek Doroty został zgarnięty przez tornado, które zrzuciło ją w krainie Oz. 
Dzieciaki z cyklu o Narnii przeniosły się tam wchodząc do starej szafy... 
A my trafiliśmy do baśniowej krainy wskazując do książki. - chcę tylko powiedzieć że to trochę lipa 
w porównaniu z tamtymi historiami. 
Ciekawe czy istnieje jakaś grupa wsparcia dla takich osób jak my? 
No wiesz, dla ludzi którzy przypadkowo trafili do obcego wymiaru czy coś w tym guście...”


Podczas czytania miałam wiele skojarzeń z innymi dziełami. Alicja w Krainie Czarów, Czarnoksiężnik z Krainy Ozz, Narnia, Harry Potter, Mała Syrenka, nawet Czysta Krew i wiele, wiele innych przewijały się bez przerwy w mojej głowie. Pomijając postacie występujące w tej powieści, czyli prawie wszystkie księżniczki, wróżki i czarne charaktery, Chris naprawdę utworzył cudowny nastrój. Chodzi właśnie o ten klimat. Każdy z nas może sobie przypomnieć, jak się czuł w dzieciństwie zagłębiając się w bajkowy świat. Tak właśnie poczułam się przy tej książce mając ponad 20 lat.

Zastanawiało mnie tylko jedno. Bohaterowie trafiają za pomocą księgi do innego świata. Krainy, którą znają od najmłodszych lat z opowieści. Już w tak młodym wieku stają na zakręcie życia i mogłoby się wydawać, że trafienie w samo centrum baśni będzie dla nich cudowną odskocznią. Ale nawet Alex, która niezmiernie cieszy się z okazji do osobistego poznania swoich idolek księżniczek od razu chce się stamtąd wydostać. To dosyć niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że są w wieku jakichś 11 lat, więc nie mają jeszcze wykształconego logicznego myślenia. Conner był prowodyrem w kontekście opuszczenia Krainy Opowieści, a to on był tym bardziej niegrzecznym z rodzeństwa. Skąd więc to przekonanie?

Z bardziej technicznych spostrzeżeń – kilka razy zdarzyło się, że zdania były powtórzone. Raz było dosłownie skopiowane i wklejone, a następnym razem było zdanie z tym samym sensem, a przestawionym szykiem. To były sporadyczne sytuacje, ale jak najbardziej zauważalne. Tłumaczenie też trochę przysnęło, bo niektóre nazwy własne były przetłumaczone dosłownie, a my znamy je pod innymi nazwami. Miałam wrażenie, jakby tłumacz w ogóle nie znał baśni.

Nad okładką mogłabym się rozpisywać i rozpisywać. Jest niezwykła. Baśniowa, klimatyczna, barwna i bardzo mi się podoba. Złota obwoluta wokół poszczególnych elementów nadaje jej elegancji. Z ciekawości zajrzałam do internetu, żeby sprawdzić jak będą wyglądały następne części i to był błąd. Chcę je mieć już teraz. Wracając do pierwszej części – miłym zaskoczeniem było, że w paczce zastałam książkę z twardą oprawą. Ta zielona okładka dodaje wytworności, a grubość sprawia, że będzie w idealnym stanie jeszcze przez wiele lat, choćbym czytała ją co miesiąc. Uwielbiam kiedy ilustracje na zewnątrz pokrywają się z wnętrzem. Księżniczki, żaba, zamki, wróżki, a nawet tak mało rzucające się w oczy elementy jak jabłka, wrzeciono czy chatka z piernika, jak najbardziej pokrywają się z treścią. Ktoś, kto projektował tę okładkę odwalił kawał dobrej roboty.

Jak to zawsze ma w zwyczaju Papierowy Księżyc (choć tym razem pod nazwą Wydawnictwo Młodzieżówka) dostałam „list” z poleceniem książki. Naprawdę zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że każdy z tych listów zarówno zawiera prawdę jak i nie mówi wszystkiego. Te krótkie zapowiedzi są jedynie przedsmakiem tego, co spotkamy wewnątrz każdej z powieści.

Każda baśń zawiera morał. Dzięki tej baśni możemy dowiedzieć się, że za każdym złem kryje się zło wyrządzone komuś innemu. Nikt nie rodzi się zły, to wydarzenia sprawiają, że z czasem stajemy się źli, być może nie widzimy innego wyjścia. Nie możemy nikogo oceniać nie znając jego historii. Nie chcę robić tu spoilerów i bardzo chciałabym żebyście sami przeczytali tę książkę, dlatego resztę przemyśleń zostawiam Wam.

"(...) ci źli to zwykle po prostu ludzie, których okoliczności uczyniły złymi."

Jak dotąd ta książka jest najlepszą z przeczytanych w tym roku. Do niedawna myślałam, że wygra „Kredziarz”, ale nic nie może się równać z pięknem zawartym w tej powieści. Niesamowicie było wrócić myślami do lat dziecięcych, spotkać się znów ze starymi przyjaciółmi i zobaczyć jak sobie radzą po tylu latach. Pośród zdań krąży magia. Chris Colfer może stać się niebawem kolejnym Hansem Andersenem. I popieram to całym sercem.



Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka. 

[42] Cudze chwalicie, swego nie znacie - 10 polskich autorów na 100-lecie Niepodległości

[42] Cudze chwalicie, swego nie znacie - 10 polskich autorów na 100-lecie Niepodległości


We wszystkich mediach przewija się temat dzisiejszego święta. Nic dziwnego - jest to szczególny dzień, dlatego ja również zamierzam go uczcić. Chciałam Wam przedstawić listę 10 polskich autorów, którzy według mnie wyróżniają się w jakiś sposób na tle rodzimej literatury.


1.
Polska fantastyka młodzieżowa:

Katarzyna Berenika Miszczuk – nic dziwnego, w żadnym moim zestawieniu nie może zabraknąć Pani Miszczuk. Moja najulubieńsza polska autorka. Zachwyciła mnie serią o Wiktorii Biankowskiej i wiem, że zachwyci Kwiatem Paproci, który już czeka u mnie na półce. Nie umiem sobie wyobrazić, żebym zawiodła się na jej twórczości.

2.
 Polska fantastyka męska:

Andrzej Sapkowski – nie każdy zgadza się z podziałem na fantastykę „kobiecą” i „męską”, ale każdy zgodzi się, że w tej drugiej kategorii Sapkowski jest królem. Ma swoje humorki, ale Wiedźmin podbił świat i serca zdecydowanej większości czytelników. Nic więc dziwnego, że reprezentuje "swój" gatunek literacki w ten szczególny dzień.

3.
Polska fantastyka/horror kobiecy:

K. C. Hiddenstorm – jak dotąd pisarka, która nie ma sobie równych w fuzjach gatunków. Spokojnie może stawać w szranki z zagranicznymi kolegami po fachu. Niczego jej nie brakuje, każda książka czymś nas zaskakuje. W tym tygodniu do mojej biblioteczki dołączył „Krwawy Księżyc” i nie mogę się go doczekać. Uwielbiam cięty język w literaturze i wiem, że od Kariny go dostanę. 

4.
Polski thriller:

Jakub Żulczyk – młody pisarz, którymi swoimi książkami zaskakuje nawet największego mola książkowego. W swojej głowie ma mnóstwo niebanalnych pomysłów i świetnie sobie radzi z przeniesieniem ich na papier. Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z twórczością tego Polaka, to serdecznie polecam. 

5.
Polski kryminał:

Zygmunt Miłoszewski – w tej kategorii ciężko było mi znaleźć kogokolwiek, ale myślę, że Zygmunt Miłoszewski jest dobrym wyborem. Sam fakt, że jego powieści zostały przeniesione na ekrany, mówi już wiele. Jak dotąd dane mi było przeczytać jedynie „Ziarno prawdy”, ale z chęcią sięgnę po kolejne jego utwory.

6.
Polski reportaż:

Justyna Kopińska – kobieta, która zdecydowanie podbija teraz rynek książkowy w kategorii reportażu. Jeśli ktoś z Was lubi wstrząsające historie, to twórczość tej autorki jest dla Was idealna. Ma na swoim koncie trzy własne publikacje, z których każda odbiła się szerokim echem w opinii publicznej.
7.
Polski romans:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk – nie czytam romansu, ale tę autorkę zapamiętałam jeszcze z młodzieńczych lat. Nie wiem nawet, czy można ją przypisać konkretnie tylko do tego gatunku, ale jest ona osobą, która najbardziej tu pasuje spośród znanych mi polskich autorów. Ja jako nastolatka czytałam serię „Tylko dla dziewczyn”, w kanonie której występują również książki Pani Małgorzaty, a moja mama uwielbia „Cukiernię pod Amorem”. 

8.
Polska klasyka:

Bolesław Prus – znany również jako Aleksander Głowacki. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Ja polubiłam „Lalkę” i „Katarynkę”, a „Kamizelkę” wręcz ubóstwiam. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z polską klasyką, a nie polubił się z Mickiewiczem lub Sienkiewiczem, to może spróbować szczęścia z Prusem w rękach. 

9.
Polska poezja:

Wisława Szymborska - tutaj można by wymienić kilku wspaniałych poetów, ale Wisława znalazła się tutaj nie tylko jako pisarka, ale również jako kobieta. Otrzymała wiele szczególnych wyróżnień, a jej wiersze trafiły na scenę muzyczną. „Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”, nie będzie drugiej takiej poetki jak Szymborska. 

10.
Polska powieści dla dzieci:

Krystyna Siesicka – niecodzienny wybór, wiem. Każdy pomyślałby pewnie najpierw o Tuwimie, albo Brzechwie. Ale ich zna każdy, a ja jako dziecko uwielbiałam książki Krystyny Siesickiej. Najbardziej w pamięć zapadły mi powieści pod tytułem "Woalki" i "Zapałka na zakręcie". Nie wiem, czy książki są jeszcze gdzieś dostępne w sprzedaży, ale chętni na pewno znajdą je w bibliotece. 

Można by równie dobrze wymienić tutaj polskich sportowców, polskich naukowców, aktorów, artystów czy polityków. Ja stawiam zdecydowanie na naszą polską literaturę. Przyznajcie, że nikt nie może się równać z naszymi pisarzami, a mamy ich wielu co najmniej tak doskonałych jak ci wymienieni wyżej.

A jakie są Wasze typy do tych kategorii? Jakich polskich autorów polecacie? Które ich książki warto przeczytać? 


[41] Chata - William P. Young - książka, a film [Felieton z Niezależnym Ekspertem #2]

[41] Chata - William P. Young - książka, a film [Felieton z Niezależnym Ekspertem #2]


Ostatnio coraz częściej sięgam po książki, których w normalnych okolicznościach bym nie przeczytała. Kolejną taką pozycją, zaraz za książkami z gatunku young adult, przeczytaną już jakiś czas temu, jest „Chata” Williama P. Younga. Jako, że niecałe dwa lata temu wyszła ekranizacja Chaty, zapraszam Was na kolejną część Felietonu z Niezależnym Ekspertem, który wypowie się właśnie na temat filmu.


Wydawnictwo: Nowa Proza
Autor: William P. Young
Polski tytuł: Chata
Tytuł oryginału: The Shack
Data wydania: 23 kwietnia 2011 r.
Liczba stron: 300
Kategoria: literatura współczesna, literatura religijna
Premiera filmu: 10 marca 2017 r.
Moja ocena: 7/10
Ocena Eksperta: *brak oceny*

"Cause Jesus he knows me
And he knows I'm right
I've been talking to Jesus all my life
Oh yes he knows me
And he knows I'm right
And he's been telling me
Everything is alright"


Zabierając się za poniższą recenzję, przypomniałem sobie ten świetny kawałek grupy Genesis. Phil Collins poruszył w nim kwestię popularnej w Stanach Zjednoczonych ewangelizacji przez programy telewizyjne, natomiast ja opowiem Wam dziś co nieco o filmie "Chata", który w pewnym sensie "ewangelizował" widzów w kinach wiosną roku 2017.

Opisywany film miałem okazję obejrzeć niedługo po premierze, czyli trochę ponad rok temu. Ponieważ ludzka pamięć bywa zawodna, pozwolę sobie skoncentrować się raczej na własnych odczuciach, zamiast szczegółowo streszczać Ci, drogi Czytelniku, fabułę. Jeśli ktoś z Was liczył na coś więcej w tym względzie – z góry przepraszam i obiecuję w przyszłości przygotować się solidniej – oczywiście jeśli będzie mi dane gościć jeszcze kiedyś na łamach tego bloga.

Niedawno obchodziliśmy dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Myślę, że książka porusza ten trudny temat, jakim jest śmierć bliskiej osoby, że idealnie wpasowuje się w (jeszcze tlący się w nas) klimat tych świąt. Mackenzie przeżywa śmierć swojej najmłodszej córki Missy. Nie potrafi sobie z tym poradzić już od kilku lat, a i za jego żoną i pozostałą dwójką potomstwa chodzą duchy przeszłości. W pewnym momencie główny bohater dostaje zaproszenie do opuszczonej chaty, gdzie najprawdopodobniej zginęła jego córka. Zaproszenie nie jest zwyczajne, jest to zaproszenie od samego Boga.

Reżyser wziął na warsztat trudny temat, jakim jest utrata najbliższej osoby, żałoba, a może przede wszystkim umiejętność pogodzenia się z własnym losem oraz przebaczenia swoim winowajcom.

Czy da się poruszyć tak poważne kwestie unikając popadania w zbędny patos i banały? Zapewne tak. Natomiast według mnie ta sztuka nie do końca udała się twórcom "Chaty". Rozumiem, że ze względu na przyjętą konwencję typowego kina familijnego, całość musiała być "strawna" nawet dla młodszego, czy też mniej obytego widza. Choć, rzecz jasna, nie jest to propozycja odpowiednia dla całkiem najmłodszych odbiorców – w końcu mamy do czynienia z opowieścią z tragicznymi wydarzeniami w tle.

Niezwykłym jest, żebym tknęła książkę, która porusza religijne tematy, ale na wszystko znajdzie się wytłumaczenie. Mój ulubiony zespół nagrał piosenkę, która promowała film nakręcony na podstawie powieści. Poza tym patrzyłam na tę książkę bardziej pod kątem samego radzenia sobie z utratą bliskiego, niż pod względem wiary.


Co można powiedzieć o lekturze? Przede wszystkim to, że książka daje nadzieję. Jest napisana bardzo klimatycznie, wręcz bije od niej ciepło. Dziś bardzo rzadko spotyka się powieści takie, jak ta. Opisy miejsc, ludzi, emocji są tak żywe, że samemu można poczuć każdy zapach, usłyszeć każdy śmiech i odczuć niezgłębiony smutek. Potrzeba niezwykłych umiejętności, żeby aż tak poruszyć duszę człowieka. I William P. Young je ma.

"Uczucia to kolory duszy. 
Są cudowne i niezwykłe. 
Bez nich świat staje się bezbarwny i ponury."

Podczas seansu przeszkadzała mi sącząca się z ekranu słodycz - zwłaszcza w drugiej części filmu, kiedy to Mack obcuje ze Stwórcą. Swoją drogą ukazanie Świętej Trójcy jako przedstawicieli różnych płci i ras może być przez niektórych odebrane jako ukłon w stronę współczesnej, hollywoodzkiej poprawności politycznej.

Z mojego punktu widzenia właśnie ta różnica była ciekawym zabiegiem. Podejrzewam również, że gdyby wszyscy mieli ten sam kolor skóry, czegoś by mi brakowało zarówno w filmie jak i w książce.

To, co miało uczynić film bardziej przystępnym sprawiło, że jego odbiór był dla mnie nieco frustrujący. Główny bohater w wyniku nadprzyrodzonego kontaktu z Bogiem stopniowo odnajduje równowagę i wewnętrzny spokój. Uczy się żyć na nowo i dostrzega nadzieję oraz sens we własnej egzystencji. Brzmi pięknie i optymistycznie? Owszem. Ale, jak wspomniałem wyżej, całość jest według mnie zbyt banalna. Cała historia oraz sposób jej ukazania były dość naiwne, momentami wręcz "cukierkowe". "Chata" nie miała jednak ambicji, aby być głębokim traktatem filozoficznym, czy potencjalnym tematem do rozmów krytyków filmowych. Jeśli zasiądziemy do oglądania bez nadmiernie wygórowanych oczekiwań, powinniśmy uniknąć rozczarowania.

Jak z mojej strony wygląda porównanie książki do filmu? Tradycyjnie książka wygrywa, choć film również jest piękny na swój sposób. Tyle tylko, że ekranizację docenią bardziej osoby wierzące, a książkę mogą przeczytać również agnostycy i ateiści, jeśli na przykład będą patrzeć na treść pod takim kątem jak ja, lub wezmą ją za pokrzepiającą fantastykę. Chociaż autor zapewne nie do końca by tego chciał.

Niektóre z elementów są banalne, ale czytelnik w ogóle się nad nimi nie zastanawia. Nawet można stwierdzić, że takie proste zagranie było najlepszym wyjściem. Przykładem jest imię zaginionej córeczki Mackenziego – Missy. Samo słowo kryję za sobą czystość młodej dziewczynki i tęsknotę rodziny. Tak proste i zarówno niezwykle piękne.

Co do strony technicznej i gry aktorów – przyznam bez bicia, że nic z tych kwestii nie utkwiło mi w pamięci po tak długim czasie od seansu. Zapewne dlatego, że całość nie wyróżniała się specjalnie - ani pozytywnie, ani negatywnie.

Pomimo wspomnianych przeze mnie mankamentów, nie uważam, żeby "Chata" była kiepskim filmem. To po prostu kolejny, przeciętny przedstawiciel amerykańskiego kina z przesłaniem. Niewykluczone, że będzie w stanie przemówić do całkiem szerokiego grona widzów, zwłaszcza tych bardziej wrażliwych i otwartych na przeżycia religijne, czy w ogóle szerzej ujmując, metafizyczne.

Dlatego też, drogi Czytelniku, jeśli jesteś w lekko ckliwym nastroju, albo masz ochotę na film z optymistycznym zakończeniem, a przy tym nie przeszkadzają Ci wątki religijne w nieco przerysowanym wydaniu, śmiało możesz poświęcić około dwie godziny na wyprawę do tytułowej chaty wraz z Mackiem. 

Dodam od siebie jeszcze, że zarówno książka jak i film zasługują na to, aby dać im szansę. Można je poznać w obojętnej kolejności, niekoniecznie film dopiero po przeczytaniu książki. Być może ktoś odnajdzie w sobie wiarę po zapoznaniu się z tematem bliżej? Wszystko jest możliwe.

Natomiast jeśli uważasz się za konesera sztuki filmowej, a od oglądanych produkcji oczekujesz czegoś więcej niż tylko prostej, choć wzruszającej historii – polecam jednak pozostać przy Bergmanie i Tarkowskim.

Amen.

Dziękuję bardzo Niezależnemu Ekspertowi za kolejny Felieton.

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger