[36] Simon oraz inni homo sapiens - Becky Albertalli

[36] Simon oraz inni homo sapiens - Becky Albertalli


Czemu cały świat jest zawsze przeciwko jednostkom "innym"? 
Czemu wszyscy szukają kozła ofiarnego wśród tych słabszych? 
Czemu ci „lepsi” wyśmiewają się z „dziwaków”?

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie te pytania? 
Po której stronie barykady zawsze stałeś? 
I najważniejsze – czy jesteś tym, kim chcesz być?


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Autor: Becky Albertalli
Polski tytuł: Simon oraz inni homo sapiens
Tytuł oryginału: Simon vs. the Homo Sapiens Agenda
Data wydania: 20 czerwca 2016 r. 
Liczba stron: 300
Kategoria: Literatura młodzieżowa, LGBT, Young Adult
Moja ocena: 9/10

Simon Spier jest zwykłym nastolatkiem. Dosyć przeciętnym, na pozór niewyróżniającym się, a jednak skrywa w sobie ogromną tajemnicę. Jego sekret odkrywa przypadkiem znajomy ze szkoły i dla Simona zaczyna się piekło. Szantaż i prześladowanie spędzają mu sen z powiek. Jako dojrzewający chłopiec bardzo to przeżywa. Również środowisko, w jakim znajduje się główny bohater, już na pierwszy rzut oka nie jest sprzyjające.

Muszę przyznać, że nie byłam nastawiona przychylnie do książki. Young adult? Kiedy czytałam takie książki po raz ostatni..? Podejrzewam, że jak sama miałam jakieś 11-12 lat i już wtedy było to coś lekkiego po kilku dobrych kryminałach. Myślałam, że będzie to doświadczenie podobne do tego, gdy wraca się do książek z dzieciństwa i uświadamiamy sobie, że coś, co kiedyś nas fascynowało, bawiło, przyprawiało o dreszczyk emocji, teraz jest mdłe, nijakie i przewidywalne. No cóż… Myliłam się.

O Simonie w ciągu ostatnich miesięcy zrobiło się naprawdę głośno. To wszystko za sprawą ekranizacji, która do kin weszła 15 czerwca bieżącego roku (Polska). Jeszcze nie dane mi było obejrzeć filmu, ale po tak sympatycznej i pełnej emocji książce jestem go bardzo ciekawa, w szczególności, że słyszałam o nim same superlatywy.

Nigdy nie czytam opisów na tylnej okładce, ponieważ często znajduję tam coś nietrafiającego w mój gust czytelniczy i zwyczajnie odkładam taką książkę. Tym razem również nie przeczytałam opisu i bardzo dobrze, że tego nie zrobiłam. W takim przypadku szybko skończyłaby się moje obcowanie z twórczością Becky Arbertalli. A wystarczyłoby do tego jedno słowo. Szantaż. Szantaż, którego w książce w zasadzie nie ma przez dłuuuuuugi czas, a przynajmniej ja tego nie dostrzegam. Wiem, sama użyłam wcześniej tego słowa, i mówiąc szczerze, zrobiłam to z premedytacją. Można to postrzegać jako wyraz mojego uznania dla książki.

Opis na tylnej okładce zastąpił mi pewien list. List dosyć niezwykły, co widzę bardziej już po przeczytaniu historii. Ta wspaniała kartka jest od samego głównego bohatera. Simon wprowadza nas w kilku zdaniach w opowieść.


Co do samego bohatera – jest to postać, według mnie, bardzo dobrze wykreowana. Szesnastoletni chłopiec, który ma lepsze i gorsze dni. Różne zmartwienia adekwatne do jego wieku. Jedyne do czego można się doczepić, to jego zdanie na temat „wyjścia z szafy”. Z jednej strony zupełnie nie ma z tym problemu, a z drugiej trzęsie portkami, bo ktoś mógłby się o tym dowiedzieć. Bynajmniej nie wykluczam takiej sytuacji, jest ona też dosyć logicznie wytłumaczona w powieści. Bądź, co bądź nie wszystko mi w tym gra.

Bardzo urzekła mnie naturalność postaci i ich emocji. Uczucia bohaterów są jeszcze takie gorące i czyste. Dokładnie takie, jakie są pierwsze miłości i zauroczenia. Wszystko w tej książce było fascynująco realne. Sam bieg wydarzeń był zwyczajny - nierozwleczony w czasie, ani zbyt prędki. Autorka niczego nie wymusiła w tekście, sprawiła, że wszystko płynęło w idealnym rytmie. Nie zapomniała o żadnym, nawet najmniejszym szczególe.

Genialnym elementem były też maile. Ten motyw chyba chwycił za serce każdego. Nie wierzę, że ktoś mógłby być tak zatwardziałym wrogiem miłości, żeby go to nie ruszyło. Piękne, pełne uczucia i niepewności wiadomości przewijały się w co drugim rozdziale, i wierzcie mi lub nie, ale było ich tak mało! Na tę wymianę myśli czekałam z niecierpliwością, a dopiero sam koniec zaspokoił mojego wewnętrznego potwora.

"Blue mówił o oceanie oddzielającym ludzi. 
I że w tym wszystkim chodzi o to, by znaleźć brzeg, do którego warto będzie dopłynąć."

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to książka dla nastolatków i jak w ogóle można oceniać ją przez pryzmat wszystkich innych recenzji, które się u mnie pojawiły. Owszem. I ja przyznam, że to bardzo młodzieżowa lektura, mniej więcej dla dziewczynek w przedziale 13-16 lat. Ale przyznam też, że jest to książka wzruszająca całą sobą. Czasem – dla mnie – język był zbyt młodzieżowy, ale to dodało lekkości w poznawaniu jej przez przewidywanych odbiorców. Dzięki tym 300 stronom, wiem że nie można odrzucać wszystkich książek z danej kategorii, tylko dlatego, że zwykle ich nie czytamy. Czasem możemy się zdziwić, co tracimy.

Becky Albertalli zachwyciła mnie swoim debiutem. Wydobyła ze mnie rzadko okazywane emocje i wzruszyła do łez. Myślę, że jeśli kiedykolwiek natkniecie się na „Simon oraz inni homo sapiens” w księgarni czy bibliotece, powinniście bez zastanowienia wyciągnąć po nią swoje łapki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.



[35] Książki za jeden uśmiech, czyli obalamy stereotypy! [Book Haul]

[35] Książki za jeden uśmiech, czyli obalamy stereotypy! [Book Haul]


Ile razy spotkaliście się z sytuacją, gdy blogerzy byli dla Was lub dla siebie nawzajem nieuprzejmi? Albo kiedy z autorami wyciągali wszystkie brudy na światło dzienne, nieraz obrzucając się nawzajem błotem i tym samym zmniejszając listę swoich czytelników? Ile już razy słyszałam niepochlebne słowa na temat książkowej blogosfery, to nawet nie zliczę. 


Różnimy się od siebie i każdy lubi coś innego, ale przecież tak jest wszędzie! Czy wymiana poglądów z kimś, z kim łączy Cię pasja nie jest czymś ważnym? Dla mnie rozmowy z innymi zaczytanymi są niezwykle wartościowe, nawet jeśli czasem trzeba rozmawiać o tych mniej lubianych tytułach, albo (brońcie mnie wszyscy święci!) o filmach.

Wśród takich ludzi, z którymi utrzymuję jako taki kontakt w codziennej bieganinie znalazł się Marcin z Książki Czytamy. Znajomość nie była jakoś szczególnie ciepła, ani bliska, dlatego zdziwiła mnie wiadomość, jaką odczytałam pewnego dnia, a uwierzcie – zawierała niemoralną propozycję!

Marcin swojego bloga prowadzi systematycznie i bardzo przejrzyście. Teksty nie są długie, ale treściwe i wyczerpujące. Kilka razy zdarzyło się, że w postach znalazły się fragmenty powieści lub wiersze napisane właśnie przez Niego, dzięki czemu mogliśmy zajrzeć głębiej w Jego duszę. Marcin, swoją drogą, ma na swoim koncie książkę, choć nie dane było mi jej przeczytać. Na Jego blogu udostępniane są też cykliczne wpisy, zdarzyło się też kilka tematycznych, a samo wejście do królestwa Marcina wiąże się z miłosnym uniesieniem fanów fantastyki, kryminału, a przede wszystkim sci – fi!

Ale czemu tak dużo piszę dziś o Marcinie?

Co takiego dla książkoholika oznacza niemoralna propozycja? Oczywiście, że książki! Książki w prezencie, książki za nic, książki za (nie)jeden uśmiech :) Tak, tak właśnie jak myślicie - dostałam paczuszkę z niezwykłą zawartością.

W tym pakiecie znalazły się:

1. Zamek Czarodzieja – Debra Doyle, James D. McDonald
Piąta część sześciotomowej serii, więc na jakąkolwiek opinie będziecie musieli zaczekać, aż uzbieram całą kolekcję. Sama nie mogę się doczekać.
2. Mageot – Krzysztof Kochański
Ta książka jest dla mnie prawdziwą niewiadomą. Fabuła zapowiada się jako ciekawa, okraszona nutką mroku i tajemnicy…
3. Piąta Kobieta – Henning Mankell
Mankell jest pisarzem bardzo specyficznym. Jego powieści mogą nudzić, jeśli ktoś szuka mocnych wrażeń. Dla mnie są idealnie wyważone i wręcz ubóstwiam styl autora.
4. Czytamy w oryginale. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
Samo „czytamy w oryginale” odwala całą robotę. Książka w połowie po angielsku, w połowie po polsku. Ciekawie i nie na tyle trudno, żeby męczyło. Super!

Do paczuszki dołączone było „UNO”, a właśnie chciałam je sama zamawiać… Kolega chyba czyta mi w myślach ;) Nie obyło się również bez zakładek. W końcu prawdziwy miłośnik czytania bez zakładek obejść się nie może. Oczywiście jakiś rewanż już się szykuje, a ja wszystkim blogerom, autorom, czy zwyczajnym czytelnikom polecam taką zabawę. Takie niespodziewane inicjatywy ogrzewają serducho i przełamują lody. Warto czasem zaryzykować, bo być może dzięki takim szalonym pomysłom ktoś może spotkać swoją bratnią duszę :)



O mały włos bym zapomniała! Z całego serca dziękuję Marcinowi za prezent, niespodziankę, niemoralną propozycję i (nie)jeden uśmiech :)



[34] 7 Grzechów Głównych BOOK TAG

[34] 7 Grzechów Głównych BOOK TAG

"Czas płynie zbyt wolno dla tych, którzy czekają,
Zbyt śpiesznie dla tych, którzy się lękają,
Zbyt opieszale dla pogrążonych w żałobie,
Zbyt wartko dla tych, którzy świętują,
Ale dla tych, którzy kochają, czas jest wiecznością."
                                    ~ Dee Shulman - "Gorączka"

Atramentowa Przystań obchodzi dziś swoje pierwsze urodziny!!! 


Z tej właśnie okazji dziś nie będzie przynudzania, nie będzie narzekania, nie będzie w ogóle żadnych opinii, recenzji i innych tego typu wypocin Dziś tylko i wyłącznie świętujemy. Świętujemy tym razem przy konfesjonale, bo nadszedł czas na:

7 Grzechów Głównych Book TAG! 

1. PYCHA - O jakiej książce mówisz najwięcej, jeśli chcesz zabrzmieć jak bardzo inteligentny czytelnik?

Taką książką z pewnością jest "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. Kocham tę książkę za jej niekonwencjonalność i subtelne aluzje do rzeczywistości. Do tego jest na tyle wybitna, aby móc się chwalić nią w inteligenckim gronie. 

2CHCIWOŚĆ - Najtańsza i najdroższa książka na Twojej półce.

"Ars Dragonia" Joanny Jodełka jest najprawdopodobniej najtańszą książką w mojej biblioteczce, jeśli chodzi o cenę. Najdroższe będą chyba dwie pozycje - "Bestiariusz Słowiański cz. I i II" oraz "Terror" Dana Simmonsa. 

3. NIECZYSTOŚĆ - Jakie cechy uważasz za najbardziej atrakcyjne u bohatera?

Hmmm... Przede wszystkim lubię czarne charaktery. A całe serce kradną mi, gdy są bardzo sarkastyczni, ironiczni i cyniczni. Czarny humor też mile widziany. 

4. ZAZDROŚĆ - Jaką książkę chciałbyś dostać jako prezent?

To bardzo dobre pytanie! Odpowiedź jest prosta - co drugą z dostępnych w księgarni i kilka już niedostępnych☺️ Ale jedna od dawna wisi w mojej półce "Chcę w prezencie" w serwisie Lubimy Czytać: "Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej"

5. OBŻARSTWO - Jaką książkę możesz pożerać cały czas?

Harry. Rano Harry. Po południu Harry. Wieczorem Harry. 24 godziny na dobę HARRY!

6. GNIEW - Z jakim autorem masz relację hate/love?

To może nie jest hate/love, a raczej hate/like. P. C. Cast - współautorka serii Dom Nocy. I o ile wspomniana seria jeszcze była znośna, o tyle W kręgu mocy Partholonu było jedną wielką pomyłką. 

7.  LENISTWO - Czytanie jakiej książki zaniedbałaś przez własne lenistwo?

"Dwie wieże" J. R. R. Tolkiena. 3, 2, 1... Czekam na lincz.
Za pierwszym razem, kiedy postanowiłam przeczytać wspaniałą historię Froda, miałam zaledwie 12 lat. Nic dziwnego, że taką małą dziewczynkę zmęczyło czytanie o wojnie, itp...

To by było na tyle. Napiszcie, co Wy byście nominowali w tych kategoriach na moim miejscu ;)

Do zrobienia tagu zostałam nominowana przez: Nieuleczalny Książkoholizm.

Do zrobienia tagu nominuję: Książki Czytamy oraz Wiewiórka w Okularach.
[33] Noc między Tam i Tu - Marta Krajewska

[33] Noc między Tam i Tu - Marta Krajewska


W każdym z nas żyje cząstka dziecka. Indywidualną kwestią jest to, jak głęboko to dziecko jest ukryte oraz to, w jakim jest wieku. We mnie, na przykład siedzi sześcioletnia dziewczynka. Taka typowa – z dwoma kucykami i roześmianą buźką, taka która wierzy we wróżki, smoki i krasnoludki. I wcale nie staram się jej wpychać do wnętrza, zdecydowanie nie. Jest tuż pod skórą i bez przerwy domaga się baśni, bajek, opowiadań. I tym razem dałam się przekonać do kolejnej książeczki dla dzieci. Czy moje małe „ja” zostało zadowolone?


Wydawnictwo: Genius Creations
Autor: Marta Krajewska
Tytuł oryginału: Noc między Tam i Tu
Data wydania: 2017 r.

Liczba stron: 150

Kategoria: literatura dziecięca, mitologia słowiańska
Moja ocena: 8/10

Przed sobą mamy "Noc między Tam i Tu", książkę wydaną w zeszłym roku. Niegruba opowieść stworzona z myślą o dzieciach. Autorka Marta Krajewska wprowadza nas w baśń pełną słowiańskich podań. Krótka powieść, mimo, że jest przeznaczona dla dzieci, bardzo mnie poruszyła. Opisuje ona trudny problem, z którym muszą poradzić sobie dzieci, i który spędza sen z oczu rodzicom. Bratmiłowi, siedmioletniemu głównemu bohaterowi, urodziła się młodsza siostrzyczka, której wręcz nienawidzi. Chłopiec jest w ciężkiej sytuacji, nie umie poradzić sobie z zazdrością. I choć wewnętrznie czuje, że musi zachowywać się jak na dorosłego mężczyznę przystało, to złość mydli mu oczy. Jednak, kiedy malutkiej Paprotce grozi niebezpieczeństwo, które on sam na nią ściągnął, bez namysłu biegnie na ratunek.


"Przychodzi moment, gdy tama wstrzymująca uczucia musi pęknąć. 
Kiedy strachu jest zbyt dużo, a potem nagle mija, najczęściej wylewa się z człowieka rzeką łez, 
które trudno powstrzymać."

W ciągu akcji ratunkowej Bratmił spotyka niezwykłe istoty. Magia przepełnia całą książkę. Od okładki, w którą chce się wejść, aż po samą treść, tworzącą trójwymiarowy obraz wokół czytelnika. Autorka nie pozostawia na czytelniku suchej nitki, chce żeby płynął wartkim nurtem wraz z bohaterami, nie pozwala oderwać oczu od lektury i wciąż kusi i nęci dalszym biegiem wydarzeń. 

W książce brakowało mi wiejskiego języka, chociaż zdania budowane były w sposób prawidłowy, tak jak rozmawiało się kiedyś. Rozumiem jednak, że dla młodego czytelnika mogłoby to być przytłaczające i mało zrozumiałe. Książka, pomijając właśnie słownictwo, jest bardzo pouczająca. Nawet nie rozważając przekazu jaki w sobie niesie, to autorka przybliża dzieciom działanie urządzeń, czy opisy codziennych czynności. W doskonały sposób ukazane zostały żniwa, postrzyżyny czy obrzędy przy narodzinach.

Mitologiczne tło powieści wprawiało czytelnika w niesamowity nastrój. Książkę uzupełniały też ilustracje autorstwa Magdaleny Szynkarczuk, które przenosiły nas w słowiański świat z magicznym klimatem. Moim zdaniem wszystko składa się w idealną, fantastyczną całość. Ilustracje uzupełniają książkę, książka okładkę, a okładka zapowiada wyjątkową przygodę.

Dziś było krótko, bo cóż dużo mówić? Ta powiastka bezsprzecznie jest lekturą obowiązkową zarówno dla rodziców jak i dla dzieci, które stają w tak trudnej sytuacji, jak nasz główny bohater. Zdecydowanie polecam ❤️

[32] Zaina

[32] Zaina



Po długim odstępie czasu znów wracam do znakomitej polskiej pisarki, jaką jest Pani Wanda Szymanowska. Minęło kilka miesięcy odkąd czytałam całkiem niezłą książkę o staruszce Anicie (link) i fenomenalną „Lardżelkę” (link). Zaczynając czytać dosłownie drżałam z niecierpliwości. Byłam bardzo ciekawa, co przytrafi mi się tym razem. Czy „Zaina” mnie zaskoczy? A jeśli zaskoczy, to będzie to pozytywne, czy negatywne zaskoczenie?




Wydawnictwo: Literackie Białe Pióro
Autor: Wanda Szymanowska
Tytuł oryginału: Zaina
Data wydania: 9 października 2017 r.
Liczba stron: 50
Kategoria: opowieści dla młodszych dzieci
Moja ocena: 9/10



„Zaina” to pierwsza książka dla dzieci autorstwa Wandy Szymanowskiej, którą miałam przyjemność przeczytać. Książka, a w zasadzie książeczka porusza bardzo trudną tematykę. Opowiada o syryjskiej dziewczynce, która musi odnaleźć się w nowym otoczeniu, jakim jest polska szkoła. Spotyka ją niestety szyderstwo i wytykanie palcami. Nie jest to łatwa sytuacja dla zagubionej małej dziewczynki. Jak wiadomo, nie wszystko na tym świecie jest włącznie czarne lub wyłącznie białe. Tak też jest tutaj - Zaina szybko zaprzyjaźniła się z Wojtkiem - grubiutkim chłopcem ze swojej klasy.

Jak widać po mojej ocenie, opowieść przypadła mi do gustu. Pani Wanda po tym, jak „odłożyłam ją na bok” po lekturze „Kim, do diabła, jest Anita” wróciła do swojej świetności. Pochłonęłam książeczkę w kilka minut i chciałam więcej takich przygód! Pierwszy raz od dłuższego czasu czytałam książkę dla dzieci w taki sposób, jakbym naprawdę była typowym odbiorcą. Autorce w magiczny sposób udało się wydobyć ze mnie siedzące gdzieś bardzo głęboko dziecko i bardzo Jej za to dziękuję. To było piękne przeżycie.

Osobiście samą książkę określiłabym bardziej mianem opowiadania. Wszystko jest krótkie, zwięzłe i na temat. Wydarzenia nie są rozwlekłe i czas akcji szybko płynie. Oceniam to jak najbardziej pozytywnie, w taki sposób młody odbiorca nie jest w stanie znudzić się czytanym tekstem. Najbardziej jednak martwią mnie ilustracje w książeczce. Choć są pięknie wykonane, to przykro mi, że są czarno – białe. Rozumiem, że książka porusza trudny temat tolerancji wśród dzieci, ale przyciągnięcie uwagi najmłodszych jest bardzo trudne. Takie ilustracje mogły nieco osłabić zainteresowanie pociech.

Jeśli już jestem przy ilustracjach, mogę również poruszyć kwestię okładki. Szczerze mówiąc – po tym, jak zobaczyłam piękne, wielobarwne okładki innych książek, w życiu bym nie powiedziała, że akurat ta jest dla dzieci. Rysunek przedstawia ni to kobietę, ni nastolatkę… Ale dziecko? Na pewno nie takie, jakie opisane jest w treści. Sam projekt jest fantastyczny i przyciąga uwagę, ale dodałabym mu trochę życia i kolorów.

Najwięcej przykrości Zainie sprawiła Jadzia. Jest to dziewczynka wychowana w bogatej rodzinie, jest zadziorna i nieco pyskata, a od najmłodszych lat głowę nosi wyżej niż inni. Postać Jadzi odebrałam jako swojego rodzaju metaforę. W pewnym fragmencie bohaterka zaraz po obrażeniu Zainy idzie dumnie na lekcję religii. Przypomina Wam to coś? Mi zdecydowanie panie potocznie zwane „moherowymi beretami”. Takie, które siedzą w pierwszych ławkach kościoła, a tuż po wyjściu ze świątyni plotkują o wszystkich i o wszystkim. W książce występuje kilka fragmentów bardziej skierowanych do rodzica i niosących ukryty przekaz. Obawiam się, że dzieci nie potrafią wyłuskać niektórych emocji tak, jak robią to dorośli. To sprawia, że książka jest uniwersalna, nie tylko dla dzieci. Dorośli też znajdą coś dla siebie.


"- Ona może umie czytać, może też jej rodzice potrafią, 
ale skąd wiesz, czy jej babcie nie mieszkają w jaskini? 
Przecież dzicy ludzie mieszkają w jaskiniach, albo w namiotach na pustyni. 
Dlatego mogą być niebezpieczni 
i trzeba się od nich trzymać z daleka. - Jadzia prychnęła pogardliwie, 
unosząc wysoko podbródek i poszła na lekcję religii."



Na sam koniec wspomnę jeszcze o zwieńczeniu książki. To, co autorka lub wydawnictwo umieściło na ostatnich stronach ujęło moje serce w stu procentach i chyba odrobinę podniosło ocenę. Fantastyczny edukacyjny koniec! Geograficzny test wiedzy z przeczytanego tekstu + kilka zadań o tolerancji, akceptacji i przyjaźni. Bomba!

Bardzo się cieszę, że przeczytałam tę książkę, choć miałam pewne wątpliwości. Pani Wanda znów wykazała się niezwykłym kunsztem pisarskim i należy się jej głęboki szacunek. Już dawno nie czerpałam tak wielkiej radości z tak krótkiej książki. Dziękuję serdecznie autorce za możliwość przeczytania tej książki. Jest Pani wielka!

[31] Kroniki Bane'a [Book Tour #2]

[31] Kroniki Bane'a [Book Tour #2]


Ostatnio znów miałam okazję wziąć udział w Book Tour. Tym razem była to książka z serii Nocnych Łowców„Kroniki Bane’a”, a samą akcję organizowało Książkowe Kocha, Nie Kocha. Byłam zachwycona, gdy zobaczyłam akurat tę Podróżniczkę i postanowiłam nie przegapić takiej okazji.



Wydawnictwo: Mag
Autor: Cassandra Clare, Maureen Johnson, Sarah Rees Brennan
Polski tytuł: Kroniki Bane'a
Tytuł oryginału: The Bane Chronicles 
Data wydania: 14 stycznia 2015 r.
Liczba stron: 528
Kategoria: fantasy
Moja ocena: 7/10


„Kroniki Bane’a” to książka napisana przez trzy osoby, co, jak można się domyślić, było odważnym posunięciem. Zwykle dwoje autorów to już tłok, a tu mamy do czynienia z trzema różnymi kobietami, o różnych charakterach. Do tego większość opowiadań jest napisana w parach o różnych konfiguracjach. Gdybym miała podsumować całość, to byłoby to krótkie: bywało różnie.

Jak już wspomniałam wyżej książka składa się z kilku opowiadań o MagnusieWysokim Czarowniku Brooklynu. Poznajemy jego historię od kołyski, najważniejsze momenty jego życia, jego zauroczenia, wzloty i upadki. I wszystko byłoby pięknie i wspaniale, gdyby nie to, że same opowiadania są ze sobą słabo powiązane. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że nie mają powiązania wcale, bo tak nie jest, ale też nie widać szczególnej potrzeby przedstawiania nam niektórych epizodów. Myślę, że w tym aspekcie najbardziej widać było to, że książkę pisały trzy różne osoby.


"Anioł zstąpił z wysoka 
i dał swoim wybrańcom fantastyczne mięśnie brzucha."

Jeśli chodzi o moje dalsze narzekanie na autorów… Bane był moją ulubioną postacią całego cyklu Darów Anioła. Cyniczny, potężny, przystojny i szalony czarownik, który pod maską twardziela ukrywa bardzo uczuciowego biseksualnego mężczyznę. A w tej części cała magia tego bohatera znika. To znaczy - Magnus nadal potrafi czarować, ale cały jego urok, niemal wszystko, co w nim lubiłam pryska jak bańka mydlana. Wystarczy zwrócić uwagę na jego poczucie humoru. Choć kilka razy się zaśmiałam, to częściej myślałam: „O mamo! Czemu to wszystko takie sztuczne i wymuszone?!”

Podsumowując – wszystko, co mi przeszkadzało sprowadza się do współpracy między autorkami. Solo znam tylko Cassandrę Clare i to jej pióro zauroczyło mnie w Darach Anioła, i to dzięki niej skusiłam się na „Kroniki Bane’a”. Jednak teraz to był zupełnie inny klimat – według mnie gorszy. Ale średnia ocen na Lubimy Czytać (7,84) mówi jasno, że to ja mam problem ;)

Teraz będzie bardziej optymistycznie. Pomiędzy opowiadaniami występowały „dziury”. Nieraz nie wiedzieliśmy, co działo się z naszym bohaterem przez kilkaset lat. I to sprawiło, że książka to nie był nudny dziennik, czy pisemko o niczym, byleby było. Dzięki temu czytało się bardzo sprawnie, było ciekawie i odrobinę zaskakująco. Moją pierwszą myślą, po otrzymaniu książki była obawa, że nie zdążę przeczytać jej w wyznaczonym terminie. Nic bardziej mylnego. Można powiedzieć, że połknęłam te 500 stron.

O ile Dary Anioła znam dosyć dobrze, to z Diabelskimi Maszynami nie miałam jeszcze do czynienia. Tył okładki wskazuje na to, że książka łączy obie historie. Na szczęście tym razem moja nieznajomość rzeczy w niczym mi nie przeszkodziła. Owszem, były postacie, których nie kojarzyłam i być może pochodziły one z Diabelskich Maszyn, jednak zupełnie nie widziałam w tym żadnego problemu. Obecność tych bohaterów w książce była jak najbardziej naturalną rzeczą. Książki jednak nie poleciłabym osobom, które nie znają w ogóle żadnej serii Świata Nocnych Łowców. Zresztą sama postać głównego bohatera prosi się o uwagę szczególnie przez wcześniejsze jego poznanie w innych książkach.

W najlepszej sytuacji byliby czytelnicy, którzy zabraliby się za lekturę świeżo po przeczytaniu poprzednich serii. W drugiej, ciekawszej połowie mamy do nich dużo nawiązań. Poznajemy nie tylko historię Magnusa, ale także na przykład Raphaela, o której rozdział, swoją drogą, podobał mi się najbardziej. Widzimy również oczami Bane’a rozkwitanie miłości do Aleca, a to cudowne, bo z całą pewnością większość z nas właśnie to ujęło w czarowniku.

"Bane heroicznie zapanował nad sobą, uśmiechnął się i podał mu koszulkę.
- Przepraszam za beznadziejną randkę – wymamrotał Alec.
- O czym ty mówisz? Jest fantastycznie. Jesteś tu zaledwie od dziesięciu minut, 
a ja już zdjąłem z ciebie połowę ubrań."


Jeśli miałabym jeszcze ponarzekać, to na pewno narzekałabym na korektę, bo zdecydowanie ktoś, kto nad nią pracował kilka razy przysnął. A sama Podróżniczka sprawia wrażenie, jakby przeżyła za mało przygód. Byłam chyba czternastą „posiadaczką” tej książki, a w środku było niemal czysto. I choć sama bardzo szanuję książki, to przecież Book Tour jest organizowany jest właśnie po to, żeby się uzewnętrzniać na czytanych stronach.

Na ogromny plus zasługuje jeszcze okładka, na której główny bohater ma niesamowicie hipnotyzujące oczy. Wygląd zewnętrzny postaci jest dobrany niemal idealnie, tylko ubiór jest zbyt zwyczajny. Niemniej całość przykuwa uwagę i odbieram ją bardzo pozytywnie.

Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w kolejnej przygodzie z książką podróżniczką. Bardzo dziękuję Natalii z Książkowe Kocha, Nie Kocha i wydawnictwu Mag, za możliwość, którą obdarowali wszystkich uczestników zabawy. Serdecznie polecam fanom serii Nocnych Łowców „Kroniki Bane’a”, nie będziecie żałować ;)

[30] Natalii 5

[30] Natalii 5

Cofnijmy się pół roku wstecz, gdy właśnie odłożyłam kolejną przeczytaną książkę na stos… „Natalii 5” autorstwa Olgi Rudnickiej, czyli jednej z czołowych polskich pisarek. Komedię kryminalną poleciła mi moja przyjaciółka, która czyta praktycznie to samo, co ja. Co wyszło z tego polecenia tym razem?




Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Autor: Olga Rudnicka
Tytuł oryginału: Natalii 5
Data wydania: 10 lutego 2017 r.
Liczba stron: 560
Kategoria: komedia kryminalna
Moja ocena: 4/10

„Pięć kobiet, pięć motywów, jeden spadek” – brzmi zachęcająco, prawda? Jedynie do momentu, w którym to przekonujemy się, że do połowy książki nie będziemy umieli rozróżnić tych kobiet. W pewnym momencie całe to skupianie się nad dialogami, nad tym, żeby mieć pojęcie, co kto mówi staje się niezmiernie męczące. Już nie wspominając o tym, że bardzo często miałam momenty kryzysu. Odkładałam książkę kilka razy, bo irytował mnie wymuszony „ton” autorki.

Pierwsze spotkanie z tą autorką mnie nie zachwyciło. Bardzo lubię komedie kryminalne, jednak tutaj żart był bardzo wymuszony. Przykładowo, momentem humorystycznym miały być kłótnie tych pięciu kobiet, a wyszło tylko wrażenie, że wszystko zostało zrobione na wyrost. Jedyny epizod w książce, który poruszył kąciki moich ust, to fragment z dziurą w podłodze. Bardzo charakterystyczny, więc myślę, że ci, którzy czytali wiedzą, co mam na myśli. Jeśli jednak porównać jeden zabawny moment w książce do liczby jej stron… Cóż… Wygląda to słabo.

"- Co tu się dzieje? - do kuchni wkroczyła mama Natki - Dlaczego macie dziurę w podłodze? - zastygła oszołomiona na widok mrocznej czeluści.
- To ich dziura - powiadomił ją Marcin
- I ich kuchnia - dodał Adrian
- I nikomu nic do tego - ze złośliwym uśmiechem dołożył Krzysztof."


Poza tym, jeśli ktoś miałby zamiar wziąć się jednak za tę książkę, to nie polecam robić sobie przerw, tak jak robiłam to ja. Nawet dzień przerwy sprawia, że zapominamy wszystko, do czego się przyzwyczailiśmy. W szczególności właśnie rozróżnianie bohaterów, bo sama lektura nie jest wymagająca, ale najlepiej czytać ją szybko, żeby umknęło nam jak najmniej.

"Wiecie co? 
Wydaje mi się, że mój iloraz inteligencji był trzycyfrowy, 
zanim tu przyjechałam..."

Treść jest dosyć nijaka. Ani to żaden kryminał, ani fajna komedia… Zwykły zapychacz czasu, a do tego ma jeszcze kolejne części! Autorka nie pozwala nam w żaden sposób wkręcić się w tę historię. Postacie opisane są bardzo krótko i w zasadzie niczego konkretnego o nich nie wiemy. Natomiast jeśli chodzi o bieg wydarzeń, to wszystko mamy podane na tacy. Nie ma w książce niespodziewanych zwrotów akcji, ani żadnych zapierających dech w piersiach zdarzeń.

W powieści przeważa CHAOS i to dokładnie „chaos” wielkimi literami. Pani Olga miała bardzo ciekawy pomysł na książkę, tylko moim zdaniem zawiodło wykonanie. Dużo lepiej czytałoby się tę historię, gdyby główne bohaterki zostały nam bliżej przedstawione, a nie zaledwie pobieżnie opisane. Treść powinna zawierać choć trochę niespodziewanych elementów, a zakończenie… Tu nawet szkoda gadać. Rozwiązanie książki jest bardzo… spodziewane. W kulminacyjnym momencie dowiadujemy się, że w sumie czytaliśmy tę książkę po to, żeby przeczytać z powrotem wstęp.  

Powieść zupełnie nic nie wnosi do naszego życia. Nie jest porywająca, ani wymagająca. Nie stara się być ciekawa, czy inspirująca. Niczego nowego się z niej nie dowiemy. Nie zostaną nam przedstawione nieznane dotąd sposoby śledcze. Nie zaśmiejemy się, gdy będziemy ją czytali. I zmarnujemy niepotrzebnie czas, który moglibyśmy poświęcić na bardziej porywającą książkę.

Daję jej wyższą ocenę niż powinnam, bo są jeszcze kolejne części. Mam więc nadzieję, że coś się w nich rozwinie i będzie lepiej niż teraz. Poza tym jest to książka, która nadaje się na długi weekend majowy, leniwy wieczór lub wypoczynek na plaży. Zatem polecam, jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego ;) 

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger