[71] Nazywają mnie śmierć - Klester Cavalcanti

[71] Nazywają mnie śmierć - Klester Cavalcanti


 „Nazywają mnie śmierć” to książka, która zdecydowanie porusza. Odrobinę straszna, lekko szokująca, ale też pełna emocji – i tych dobrych, i tych złych. Przesycona uczuciami powieść o płatnym zabójcy z Brazylii – Julio Santanie – z pewnością na długo zapadnie mi w pamięć.


Wydawnictwo: Muza
Autor: Klester Cavalcanti
Polski tytuł: Nazywają mnie śmierć
Tytuł oryginału: O Nome da Morte
Data wydania: 24 kwietnia 2019 r.
Liczba stron: 320
Kategoria: reportaż, literatura faktu
Moja ocena: 9/10

Wspomniany wyżej Julio Santana w swoim życiu zabił 492 osoby. Nigdy jednak żadna z ofiar nie została uśmiercona z jego własnych pobudek. Julio zabijanie traktował jak pracę. Jeśli on nie zabije, to zrobi to ktoś inny i zarobi na tym grube pieniądze. Dziesięć zdrowasiek i dwadzieścia „ojczenaszów” -  tyle wystarczy, aby przeprosić Boga za swoje czyny. Wszystkie nazwiska ofiar skrzętnie zapisywał w zeszycie, razem z kwotą, jaką otrzymał za zlecenie. W książce wszystkie nazwiska są prawdziwe.

Klester Cavalcanti – autor tej książki dokumentalnej spędził 7 lat na zbieranie materiałów do jej napisania. Zdobycie zaufania Julia nie było łatwą sprawą. Dodatkowe rozmowy ze świadkami i sprawdzanie autentyczności faktów również zajęły trochę czasu. Dla prawdziwego dziennikarza śledczego nie jest to jednak żadne wyzwanie. Mam nadzieję, że autor poza licznymi, zdobytymi już nagrodami, otrzyma również stosowne uznanie za „Nazywają mnie śmierć”.

Książka prowadzi nas od samych początków „kariery” Julia, czyli od momentu pierwszego zabójstwa popełnionego w wieku 17 lat. Wszystkie opisy są niezwykle realistyczne - osoby o słabych nerwach mogą mieć problem z przebrnięciem przez zakamarki duszy zabójcy, który po pierwszym zleceniu jest zrozpaczony. Solennie obiecuje sobie i Bogu, że już nigdy więcej tego nie powtórzy. Jednak los prowadzi go w zupełnie inną stronę.

Niezwykłe jest to, że opisywana historia mężczyzny jest prawdziwa. Nie ma wymyślonych dat, czy pseudonimów. Długo nie mogło to do mnie dotrzeć i nadal nie wiem, czy na pewno do końca dociera. Książka pokazuje nam losy młodego chłopca - widzimy jak dorasta, doświadcza nowych przeżyć, poznaje żonę i po niemal każdym zabójstwie próbuje skończyć ze swoim zawodem.

Nie jest łatwo być płatnym zabójcą. Ciągłe ukrywanie się, problemy rodzinne oraz ciążące wyrzuty sumienia i świadomość popełnionych grzechów, mimo odmawianej za każdym razem modlitwy. Autor bardzo zręcznie ukazał nam całe brzemię, które każdego dnia niesie na swoich plecach Julio. W ciągu 35 lat pracy został złapany na gorącym uczynku tylko raz i „ma nadzieję, że nigdy więcej mu się to nie przytrafi”. Zadziwiające jest to, że po przeczytaniu tej lektury, poznaniu bliżej człowieka, który przecież zabija za pieniądze, ja również mam taką nadzieję.

Nie wiem, co wpływa na moją ocenę. Być może tylko to, że temat wiąże się z moim wykształceniem? W tej chwili jestem jednak pewna, że ocena bierze się raczej z ogromu przeżytych emocji. Książka mogłaby mieć lepszą, mniej oklepaną okładkę – to fakt. Ale czy to ma znaczenie w stosunku do przekazanej historii? Na pewno nie. Polecam serdecznie „Nazywają mnie śmierć” wszystkim. Książka pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy, poznać płatnego zabójcę, który może być zarazem cudownym mężem i kochającym ojcem.

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.

[70] Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie - Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert

[70] Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie - Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert


Po przeczytaniu „Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy” pokochałam literaturę tego typu. Listy - zwykłe kawałki papieru z odrobiną atramentu układającego się w słowa, czasem z nutą perfum, a jednak tak wiele w nich uczuć. Choć miałam pewne obiekcje co do czytania cudzej korespondencji, to po wspomnianej wyżej lekturze zapragnęłam przeczytać inne tego typu książki. Na pierwszy ogień poszło „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo a5
Autor: Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert
Tytuł oryginału: Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie
Data wydania: 18 kwietnia 2018 r.
Liczba stron: 166
Kategoria: listy, wspomnienia, literatura piękna
Moja ocena: 9/10

Faktem jest, że Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert byli serdecznymi przyjaciółmi. Początki ich znajomości były czysto formalne, zawodowe. Z biegiem czasu znajomość umocniła się. Wspólne doświadczenia, to samo poczucie humoru, wspólni znajomi i podobny zawód. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tych dwoje połączy silna więź przyjaźni. Teraz, po wielu latach mamy możliwość przeczytania prywatnej korespondencji dwójki poetów.

Poznawanie dwójki autorów od strony prywatnej poprzez lekturę ich listów sprawiło mi wielką przyjemność. W ten sposób stają się oni bardziej ludzcy, bliżsi człowiekowi. Niektóre z listów są zwyczajne, relacjonują ostatnie przygody. Inne tryskają humorem, a w następnych wyczuć można tęsknotę. Każdy z nich jest wyjątkowy zarówno dla autorów, jak i adresatów. Czytelnik czuje wszystkie emocje, które przekazane zostały na kartach książki i jest to piękne uczucie.

"Jeszcze niech Pan dośle ten wiersz o cenzorach. 
Spróbować zawsze warto, a nuż się nie połapią. 
Trzeba zawsze mieć zaufanie do głupoty ludzkiej."

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że wygląd wydania nie dorównuje egzemplarzowi „Najlepiej w życiu ma Twój kot”. Zwykła, biała okładka z dwoma „wycinkami”, które nic nie mówią osobie nieznającej jeszcze treści. W środku również mniej jest zeskanowanych listów niż w poprzednio czytanej przeze mnie książce. Moim zdaniem tak fantastyczna tematyka powinna mieć stosowną obwolutę i otoczkę. Obecna wydaje mi się lekko sztampowa, a nawet „grubo ciosana”.

Dużym plusem tego typu literatury jest możliwość przeczytania jej w rekordowym czasie. Szybko przeskakujemy z jednej wiadomości na drugą,choć niekiedy dzieli je kilka miesięcy, albo lat. Nie obyło się oczywiście bez wycinanek, z których znana była Wisława. Za każdym razem podziwiam jej zdolności, poczucie humoru i chęci do tworzenia drobiazgów od serca.

Cóż więcej można powiedzieć? Brakowało mi nazw miejscowości, z których nadawane były wiadomości. O dziwo, ten fakt bardzo negatywnie działał na wyobraźnię. Ale taki mały szczegół nie zaważył na mojej ocenie. Specyfika książki nie pozwala mi oceniać bohaterów ani fabuły. W tym przypadku wszystko jest na swoim miejscu.

Bardzo serdecznie polecam niniejszą pozycję osobom zainteresowanym tematem i fanom twórczości Wisławy Szymborskiej oraz Zbigniewa Herberta.

[69] 10 ciekawostek na 2. urodziny bloga!

[69] 10 ciekawostek na 2. urodziny bloga!


Z okazji drugich urodzin bloga, zainspirowana pytaniami z grup książkowych na Facebooku, przygotowałam dla Was coś innego, być może interesującego, żeby uczcić ten szczególny dzień. Przedstawię tu 10 ciekawostek na swój temat związanych z (a jakże!) literaturą. 

Zapraszam! ;)


1. Zawsze mam książkę przy sobie 

Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez ciężaru książki w torebce lub plecaku. Nieważne czy wybieram się na zajęcia, czy na spacer po górach, książka jest obowiązkowym elementem mojego wyposażenia. A jeśli nie mam miejsca, żeby jeszcze gdzieś upchnąć grube tomisko, zawsze w zanadrzu mam kilka opowiadań w wersji elektronicznej na telefonie, chociaż nie lubię czytać w ten sposób.

2. Nie czytam opisów na odwrocie książek 

Często nawet nie zwracam uwagi na autora. Najczęściej wybieram książki po okładce i tytule lub kieruję się wyłącznie ogólnym zarysem fabuły, gatunkiem książki, albo biorę coś z polecenia (a ta lista jest długa).  Opis wydawniczy czytam dopiero na samym końcu, a czasem dopiero gdy przygotowuje recenzję i nie chcę nic poplątać. Czasem zdarza się, że podczas czytania coś mnie zszokuje lub znudzi na tyle, że zerknę na tylną okładkę, ale zdarza się to bardzo rzadko.

3. Zawsze czytam książkę do końca

Nawet jeśli oznacza to ogromne męczarnie. Nie potrafię odłożyć książki nie wyrabiając sobie o niej całościowej opinii. Zdarzyło mi się zrezygnować z lektury w trakcie czytania jedynie 3 razy (przynajmniej tyle pamiętam) i były to już naprawdę historie według mnie najgorsze z najgorszych.

4. Nie czytam książek, które mają być serią, bez możliwości natychmiastowego przeczytania kolejnych części 

Przeszkodę stanowi też brak możliwości zdobycia następnych tomów. Ostatnio coraz częściej odchodzę od tej reguły, ale czuję dyskomfort, jeśli muszę przeczytać książkę, jeśli następnej części nie ma na półce mojej biblioteczki. Najgorzej sytuacja przedstawia się z „Wiedźminem”. Ostatnia książka z cyklu wyszła długo po tym, jak przeczytałam poprzednie części. Żeby ją teraz przeczytać musiałabym zacząć wszystko od początku, a jak na razie zwyczajnie nie mam na to ochoty ;)

5. Potrafię czytać i oglądać Harrego Pottera na okrągło 

To jest jedyny przypadek, gdzie mogę przeczytać którąś część serii bez kolejki, ale dyspensę dostaje tylko tom trzeci  Więzień Azkabanu. ❤️ Jeśli dostałabym zapas jedzenia, całą kolekcję filmów i książek oraz koc, to mogłabym tak spędzić dobre kilka miesięcy życia i niczego by mi nie brakowało.

6. Zazwyczaj wyznaczam sobie granicę ile minimalnie stron chcę przeczytać w danym dniu lub podczas jednego przebywania z książką. 

Zwykle dotrzymuję swojej obietnicy, najczęściej przekraczam wyznaczoną ilość. Zdarza się, że jeśli jestem zmęczona po całym dniu, to zmniejszam limit o kilka stron, żeby czytanie nie poszło na marne i żebym na następny dzień pamiętała, o czym czytałam.

7. Coraz częściej czytam po kilka książek na raz 

Kiedyś nie mogłam pojąć, w jaki sposób ludzie potrafią to robić, teraz jest to dla mnie niemal codzienność. Najczęściej czytam dwie książki – są to albo dwa różne gatunki, np. kryminał i fantastyka, albo dwie książki z tej samej kategorii, ale jedna jest „cięższa”, druga o lżejszej tematyce. Takie rozwiązanie pozwala mi zmieścić się w wyznaczonych terminach przy współpracach recenzenckich - właśnie z tego powodu zaczęłam tak robić i jak dotąd sobie chwalę.

8. Książki na mojej półce muszą swoje odleżeć 

Nie zdarzyła się sytuacja, żebym przeczytała książkę tuż po jej otrzymaniu lub po przyniesieniu jej do domu. Czasem głupio mi odpowiadać na pytania rodziny i znajomych, czy podobała mi się pozycja, którą od nich dostałam, w momencie gdy wiem, że ten egzemplarz poleży na półce jeszcze dobry rok zanim po niego sięgnę. Nie powinni brać tego do siebie, to tylko moje małe dziwactwo ;)

9. Zupełnie nie przeszkadzają mi spojlery! 

Ktoś może mi powiedzieć, że główny bohater umrze na końcu, a ja i tak z przyjemnością przeczytam całość. Jeśli ktoś zdradzi mi zakończenie, ja będę chciała wiedzieć jak do tego doszło. Nie lubię jedynie streszczania całości fabuły, bo wtedy to żadna przyjemność. Bardzo podobają mi się książki, których akcja jest wywleczona na lewą stronę i właśnie na początku dowiadujemy się co się stało, a przez karty powieści dochodzimy do tego w jaki sposób i dlaczego wydarzenia obrały taki kurs. Jeśli znacie jakieś tytuły właśnie w tym stylu, to poproszę o polecenie.

10. Odprawiam rytuał dla najlepszych przyjaciół

Jeśli książka spodoba mi się naprawdę, ale tak naprawdę, naprawdę mocno, to po jej zakończeniu całuję ją w grzbiet lub tylny, prawy, górny róg. Dotąd chyba nikt tego nie zauważył, ale mam taki swój mały rytuał dla ulubionych książek. Przecież nie można opuścić przyjaciół bez pożegnania ❤️


A Wy macie jakieś swoje rytuały i dziwactwa dotyczące książek? Chętnie dowiem się o Was czegoś nowego, szczególnie jeśli okaże się, że nie jestem chora psychicznie ☺️ Podzielcie się ciekawostkami na swój temat w komentarzach.

[68] Droga 66. Droga Matka. O historii, legendzie, podróży - Artur Owczarski

[68] Droga 66. Droga Matka. O historii, legendzie, podróży - Artur Owczarski


Artur Owczarski z zamiłowania jest podróżnikiem. Po tym jak zwiedził Europę, Afrykę i część Azji, jego myśli pofrunęły w stronę Ameryki. „Droga 66. Droga Matka” pozwala nam odbyć razem z autorem tę niezwykłą podróż.


Wydawnictwo: Edipresse
Autor: Artur Owczarski
Tytuł oryginału: Droga 66. Droga Matka. O historii, legendzie, podróży
Data wydania: 24 kwietnia 2019 r.
Liczba stron: 236
Kategoria: literatura faktu
Moja ocena: 6/10

Skusiłam się na tę książkę, ponieważ, jak autor sam kilka razy przytacza, Route 66 jest marzeniem wielu ludzi. „Podróż drogą 66 to ściganie horyzontu, odkrywanie sennych amerykańskich miasteczek i przemierzanie bezkresnych przestrzeni południowego zachodu. Dla wielu to podróż życia.” – tak jest i ze mną. Droga Matka jest jednym z moich sennych marzeń.

Książka ma około 230 stron. Niewiele, w szczególności, że ponad połowa z nich jest wypełniona zdjęciami z podróży. Tekstu jest mało, ale w tym przypadku biorę to za plus, bo mogę przeżywać tę piękną podróż nie tylko w wyobraźni, ale i wzrokowo odkrywać nowe miejsca. Jedynie na samym początku tego reportażu miałam wrażenie, że zdjęcia nie są dopasowane do tematyki poruszanej w tekście. Później już wszystko jest na swoim miejscu, a fotografie są tak klimatyczne, że czułam jakbym tam była.

Podobało mi się, że na początku każdego rozdziału mamy opisane szczegóły drogi, którą pokonujemy. Trasa, dystans, stan USA i mapa z zaznaczonym odcinkiem – wszystko, żebyśmy mogli sobie to łatwiej wyobrazić. Ogólnie w książce znajdziemy całe mnóstwo ciekawostek. Nie tylko o historii i powstaniu tej drogi, ale też ciekawe anegdotki na temat odwiedzanych przez autora miejsc.

"Form podróżowania jest obecnie tak wiele, 
że każdy znajdzie coś dla siebie;
 tym, co nas wszystkich łączy, 
jest chęć wyruszenia w podróż."

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że zdjęcia i ciekawostki są najsilniejszą stroną tej książki. Miałam wrażenie, że treść napisana została w pośpiechu, chaotycznie. Zdarzało się, że mieliśmy powtórzone niektóre dygresje w dwóch rozdziałach z rzędu. Przeszkadzała mi też składnia zdań. Nie jestem pewna, czy to wina autora i jego specyficznego stylu, czy może korekty? Nie jestem nawet pewna, czy ta składnia była niepoprawna, czy po prostu inna, ale coś mi w niej nie leżało i zdecydowanie przeszkadzało w lekturze. Niestety za to daję ogromny minus…

Muszę przyznać, że wstęp i pierwsze trzy rozdziały, czyli „Szczypta historii”, „Początki Route 66” oraz „Legenda Route 66” były najciekawsze. Najwięcej interesujących faktów było zebranych właśnie w tej początkowej części. Późniejsza relacja z podróży już nie jest tak fascynująca dla czytelnika, chociaż wierzę, że Artur Owczarski może wspominać tę część z łezką w oku. Niestety ta pierwsza część nie podwyższy zbyt oceny, ponieważ większość (a może i wszystko?) można znaleźć w bibliotece i Internecie.

Podróż Drogą 66 jest na pewno spełnieniem marzeń niejednego człowieka. Jednak, sądząc po tej lekturze, lepiej wspomnienia zatrzymać dla siebie i bliskich, bo nie każdego mogą zainteresować w równym stopniu jak nas. Książka jest chyba debiutem autora, więc należy mu się szacunek za wytrwałość. Chętnie przeczytałabym reportaże z innych jego podróży, na przykład po Azji. W tej pozycji brakowało mi opisów tradycji, kultury  (na wschodzie to wszystko widać gołym okiem, więc może byłoby mu łatwiej), zatrzymania się w tej drodze choć na moment.

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.
[67] Ars Dragonia - Joanna Jodełka

[67] Ars Dragonia - Joanna Jodełka


Książkę, którą dzisiaj chcę Wam zaprezentować widywałam codziennie w sklepie z latającym robaczkiem w logo i z każdym dniem mój wzrok coraz częściej się na niej zatrzymywał. Pewnego ranka nie wytrzymałam presji – wrzuciłam ją do koszyka i udałam się w stronę kasy.


Wydawnictwo: Egmont Polska
Autor: Joanna Jodełka
Tytuł oryginału: Ars Dragonia
Data wydania: 21 maja 2014 r.
Liczba stron: 296
Kategoria: fantastyka, fantasy, literatura młodzieżowa
Moja ocena: 6/10

Akcja „Ars Dragonii” toczy się w Poznaniu. Sebastian Pitt przyjeżdża na pogrzeb swojego dziadka. Szybko okazuje się, że nie była to zwyczajna śmierć, a sprawcy mogło zależeć na tym, żeby szesnastolatek znalazł się w tym mieście właśnie o tej porze. Tuż po przyjeździe do Poznania, chłopak zauważa, że wokół niego dzieją się dziwne rzeczy. Czy odkryje, w jaki sposób i dlaczego zginął jego dziadek? I jaką rolę w tym wszystkim ma odegrać on sam?

„Portale dzielą się na: proste (tzw. Niestabilne), 
umożliwiające poruszanie się w dwuczasie osobom znającym zasadę tworzenia tafli krótkotrwałej, 
i złożone (tzw. sterowalne), które są osobnymi strukturami pozwalającymi na przemieszczanie się 
i zmianę form energii bytów. 
Mają one swoich niezależnych strażników, ideologię i charakter. 
Zostały stworzone przez pierwszych Nadarchitektów. 
Nikt nie wie, dokąd mogą prowadzić…”

Jeszcze w sklepie oglądałam książkę i od zewnątrz i od wewnątrz. Zafascynował mnie ogólny wygląd egzemplarza i niezwykła dbałość o szczegóły. Wewnątrz można znaleźć więcej atrakcji, niż tylko suchy tekst. Przede wszystkim urzekły mnie wstawki z tajnych akt sprzed wielu lat – sprawiają one, że wszystko owiane jest tajemnicą. Dodatkowo pomiędzy akapitami w rozdziałach dodane są przeurocze listki. Uwielbiam takie małe elementy, które dodają szyku i urody zwykłej kartce papieru. A na samym końcu, książka została wyposażona w kilkustronicową wkładkę z grubszego papieru, na którym widnieją szkice najważniejszych miejsc oraz postaci występujących w powieści.

Nie mogłabym nie wspomnieć o tak wspaniałej okładce. Nie wiem dokładnie, co takiego mi się w niej podoba. Może ułożenie i wygląd napisów? Albo budynek, który wygląda jakby zwiastował złe czasy. A może jedynie barwy, utrzymane w lekko mrocznym stylu. Z całą pewnością osoba, która była odpowiedzialna za projekt okładki (Izabella Marcinowska), stanęła na wysokości tego arcytrudnego zadania.

Bardzo lubię, gdy akcja książek fantasy lub kryminałów dzieje się w polskich miastach lub miejscowościach. Odczuwam wtedy taką radość, że nawet pośród nas może pojawić się magia (lub gwałciciel zabójca w przypadku kryminałów ;) ). Czasem mam dość czytania w kółko o amerykańskich nastolatkach i o amerykańskich miastach, nic więc dziwnego, że gdy w opisie pojawił się Poznań, zechciałam mieć tę książkę.

Jak dla mnie „Ars Dragonia” ma zdecydowanie za długie rozdziały. Żeby usiąść przy tej książce, potrzeba mieć trochę więcej czasu niż przerwa na kawę. Inaczej łatwo zgubimy wątek. Ciężko w ogóle powiedzieć cokolwiek o bohaterach, którzy wydawali mi się bardzo płascy, papierowi. Mam wrażenie, że częściej występowały złe postacie ze swoimi knowaniami, niż Sebastian Pitt, który miał być głównym, pierwszoplanowym bohaterem.

W kulminacyjnym momencie powieści akcja toczy się bardzo szybko. Chyba nawet zbyt szybko. Tak gwałtowne zakończenie kojarzy mi się z książkami dla dzieci. Chociaż nawet jako dziecko mnie to irytowało. Nie wiem dlaczego autorzy tak robią - być może dla podtrzymania uwagi młodego człowieka. Ale skoro już dotarł do tych ostatnich stron, to nie zaprzestałby czytania nawet gdyby zakończenie było bardziej rozbudowane. Ostatni rozdział jest taki sam jak początek książki. Jest to fajny zabieg, bo bez kartkowania można przypomnieć sobie jak to wszystko się zaczęło.

Uważam, że Pani Joanna Jodełka posiada ogromny potencjał. Niestety nie dane mi było przeczytać innych jej książek, ale z pewnością nadrobię zaległości. „Ars Dragonia” nie jest złą książką, ale można było napisać ją lepiej. Wątki są tak mało rozwinięte, jakby powieść celowo została okrojona, żeby zrealizować jej ekranizację – bo przecież w filmie nie zdoła się pokazać wszystkiego. Gdyby spróbować napisać książkę od nowa: wydłużyć opowieść, rozwinąć wątki, ulepszyć bohaterów, jestem przekonana, że wyszłaby z tego genialna powieść- niekoniecznie dla młodzieży, być może dla dorosłych, licząca bez mała 400 stron. A gdyby zacząć opowieść jeszcze wcześniej, przed wydarzeniami z tej treści, można by było napisać nawet całą trylogię.

„Ars Dragonia” nie jest złą książką, nie należy jednak też do wybitnych. Można ją przeczytać dla relaksu. Niewątpliwie zaciekawi też młodszych, około 13-15 letnich czytelników. Ja jednak liczyłam na coś więcej i po jej lekturze odczuwam lekki niedosyt.

[66] Warcross - Marie Lu

[66] Warcross - Marie Lu


Warcross – gra, a w zasadzie wirtualna przestrzeń, w której każdy może mieć swoją wyidealizowaną postać. Oraz „Warcross” – książka, którą zainteresowałam się ze względu na okładkę. Później przeczytałam opis i mimo, że książka jest młodzieżowym science fiction, zdecydowałam że jeśli tylko będę miała taką okazję, to po nią sięgnę. I chwilę później dostałam propozycję od Wydawnictwa, nie zastanawiałam się nawet przez moment.


Wydawnictwo: Młodzieżówka
Autor: Marie Lu
Polski tytuł: Warcross
Tytuł oryginału: Warcross
Data wydania: 15 maja 2019 r.
Liczba stron: 460
Kategoria: science fiction, literatura młodzieżowa, young adult, fantastyka
Moja ocena: 10/10

Emika Chen jest młodą dziewczyną, która dokonała kilku ważnych (niekoniecznie złych) wyborów w swoim życiu. Jest znakomitą hakerką, a przez problemy finansowe stała się Łowcą Nagród. Wyłapuje innych hakerów i przemytników, którzy działają w wirtualnym świecie Warcrossa i oddaje ich w ręce policji. Jednak kiedy problemy z pieniędzmi zaczynają ją przerastać, decyduje się na odważną kradzież „dodatku” do gry podczas mistrzostw świata w Warcrossie. Zupełnie przypadkiem odkrywa swoją twarz przed wszystkimi użytkownikami. Następnego dnia otrzymuje wiadomość od samego twórcy gry – Hideo Tanaki, z propozycją pracy dla niego. Od tego momentu całe jej życie zmienia się diametralnie.

Zacznę może od okładki. W Internecie spotkałam się z licznymi opiniami, że Wydawnictwo zniszczyło okładkę, że oryginał był lepszy, że nie pasuje do tematyki. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Okładka „Warcrossa” jest genialna. Dziewczyna, której włosy przechodzą w wirtualne miasto, jaskrawe kolory, a przede wszystkim okulary, które są „drzwiami” do gry oraz barwy, które przywodzą na myśl Japonię – a to właśnie tam rozgrywa się akcja książki. Po okładce można od razu poznać, że jest to powieść dla młodzieży, jednak widać też, że nie jest to błaha opowieść dla nastolatek. Twórca okładki zadbał o maleńkie, nieuchwytne niuanse, aby oddać całą treść na tej jednej grafice.

Stwierdzam, że tą książką powinny zainteresować się dobre wytwórnie filmowe. W dzisiejszych czasach, przy tym rozwoju technologicznym, z tej powieści mógłby powstać film nawet na miarę „Avatara”. Mówię to z całym przekonaniem, ale wspaniała ekranizacja mogłaby wyjść tylko wtedy, jeśli ktoś zająłby się nią w stu procentach na poważnie.

Niestety muszę ponarzekać na literówki, które występowały wręcz nagminne. Zresztą nie tylko one. Ludzkie pojęcie przechodziły powtarzane dwa razy słowa lub całkowity brak niektórych wyrazów. Czytelnik musi się kilka razy zastanowić, co autor miał na myśli. Nie zawsze zgubione słowo było oczywiste, a zły wybór mógł całkowicie zmieniać sens zdania. Wydawnictwo powinno zadbać o lepszą korektę, bo wydanie tak wspaniałej książki z tak banalnymi błędami jest niemałą kompromitacją. Wbrew pozorom czytelnicy (nawet ci młodsi) zwracają na to uwagę.

Jeśli chodzi o świat przedstawiony, nie mam żadnych zastrzeżeń. Bywały chwile, że nie mogłam pojąć, czy główna bohaterka porusza się w rzeczywistości, czy w grze, a może w obu płaszczyznach na raz? Ale była to tylko kwestia przyzwyczajenia się do treści i w dalszej części nie miałam z tym żadnego problemu. Autorka – Marie Lu była programistką specjalizującą się w grafice flash, nic więc dziwnego, że potrafiła zbudować tak realistyczny wirtualny świat. W niektórych rozmowach używane były określenia związane z technologią, ale wszystko napisane zostało w taki sposób, że nawet ja nie miałam problemu ze zrozumieniem wszelkich poruszanych aspektów.

Bohaterowie zostali stworzeni z dopracowanymi wszystkimi szczegółami. Nie są płascy, o dziwo nie irytują i odbieram ich bardzo pozytywnie. Główna bohaterka nie jest denerwująca, jak to się często zdarza. Wątek miłosny również w niczym mi nie przeszkadzał, bo był jedynie poboczną historią, zresztą można było dzięki temu układać sobie w głowie kilka różnych scenariuszy, więc w tym wypadku romans wychodzi na plus.

Jak dla mnie mało było samych rozgrywek Warcrossa. Świetnie bawiłam się przy opisach gry, chociaż może gdyby było ich więcej byłaby to przesada… Jeśli miałabym określić tę książkę w jakiś prosty sposób, powiedziałabym że jest to powieść w rodzaju młodzieżowego fantasy, tylko zamiast magii i innych charakterystycznych dla tej kategorii elementów, jest technologia. Bardzo spodobała mi się rozbudowana, wielopoziomowa fabuła. Jeszcze jakiś czas temu w życiu nie uwierzyłabym, że „trafi” do mnie powieść sci-fi, w szczególności po tak słabej lekturze jaką była „Księga Joanny” (recenzja).

"Wszystko jest science fiction, dopóki ktoś nie uczyni z tego faktu."

Jeśli zamierzacie przeczytać tę książkę, to muszę ostrzec Was przed pewnym niebezpieczeństwem. Zakończenie Was ZMIAŻDŻY. Tydzień zajęło mi pozbieranie się po tym finale na tyle, żebym w ogóle była w stanie cokolwiek napisać. Czytałam cały ostatni rozdział ze łzami w oczach – a to nieczęsto się zdarza. Później została już tylko pustka w sercu. Jeśli macie słabe nerwy, to przygotujcie się na bardzo mocny cios.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną część cyklu. Po takim zakończeniu chcę więcej! Chociaż niektóre obroty spraw dało się przewidzieć, to raczej był to pozytywny element, ponieważ czekało się na to z niecierpliwością. Polecam Wam bardzo serdecznie tę książkę. Po przeczytaniu jej już nic nie będzie takie samo.

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka.

[65] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w kwietniu

[65] Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam w kwietniu



Cofnijmy się w czasie do kwietnia… Jakie ciekawe wpisy przyciągnęły moją uwagę w poprzednim miesiącu? Czym chciałabym się z Wami podzielić? Odpowiedź znajdziecie we wpisie poniżej ;)

Dla przypomnienia: cykl „Wyhaczone, czyli co ciekawego złowiłam…” ma na celu promocję innych Blogerów oraz szerzenie informacji z książkowego świata. W tych zestawieniach zawsze znajduje się jedna recenzja, dwa posty okołoksiążkowe i opis nowości z danego miesiąca, którą posiadam lub chciałabym posiadać, oraz post niezwiązany lub luźno związany z literaturą.

1. Drewniany Most i recenzja „Opowieści z Wieloświata. Wiedźma” Anny Sokalskiej

Na Drewniany Most zaglądam od czasu do czasu, podoba mi się sposób, w jaki autorka patrzy na świat. Często okazuje się, że lubimy podobne klimaty i że mamy takie samo zdanie o książkach. O „Wiedźmie” autorka recenzji pisze tak: „<<Wiedźma>>  to pokaz braku szczególnych umiejętności literackich. Pozornie dobrze napisana (bo wielkich błędów językowych tu się nie uświadczy) naprawdę jest dziełem kiepskim warsztatowo.” – niezbyt pochlebne słowa, to jasne. Jednak uważam, że negatywne opinie o książkach, serialach, czy filmach są dużo bardziej realne niż same ochy i achy.

2. Wojewódzka i Miejska Biblioteka w Rzeszowie razem z dziećmi stworzyła Najdłuższą Książkę Świata

Uwielbiam akcje zachęcające do czytania. Nie tylko te dla dzieci, ale i dla dorosłych. Ponadto jestem dumna, że taka wspaniała akcja dzieje się na Podkarpaciu – chyba odzywa się we mnie patriotyzm regionalny ;) „Inicjatorka akcji prof. URz Alicja Ungeheuer-Gołąb powiedziała nam, że akcja ma zachęcać dzieci do czytania książek oraz wyzwalać ich talenty plastyczne, ponieważ książka powstaje z rysunków stworzonych przez maluchy.” – pisze Radio Rzeszów. Akcja WiM Biblioteki organizowana jest już od pięciu lat, co roku książka powiększa się o kolejne rysunki dzieci. W tym roku książka osiągnęła niesamowitą już długość, bo jest to aż 1253 metry!

3. Booklips.pl z newsem o Oldze Tokarczuk

„Prowadź swój pług przez kości umarłych”, której autorką jest wyżej wspomniana polska autorka – Olga Tokarczuk, znalazła się na liście finałowej książek nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera. Egzemplarz w angielskim wydaniu jest już drugą książką pisarki z szansą na wygraną w tym prestiżowym konkursie, rok temu do finałowej szóstki zakwalifikowała się angielska wersja książki pod tytułem „Bieguni”. Jak przypomina Booklips.pl zwycięzcę poznamy już jutro – 21 maja.

4. Kelly Barnhill – „Dziewczynka, która wypiła księżyc”



Od wieków mieszkańcy Protektoratu wierzą, że pobliski las zamieszkuje okrutna wiedźma, której gniew obłaskawić może tylko najmłodszy mieszkaniec osady złożony w ofierze złej czarownicy. Co roku pozostawiają więc w lesie niemowlę, licząc na to, że danina z niewinnego życia powstrzyma wiedźmę przed terroryzowaniem ich miasta.
Ale Xan jest dobra. Dom w leśnym zaciszu dzieli z mądrym potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem o wielobarwnych skrzydłach. Ratuje ona porzucone dzieci i oddaje w opiekę rodzinom po drugiej stronie lasu, karmiąc niemowlęta blaskiem gwiazd. Jednemu z nich przypadkowo daje jednak do wypicia blask księżyca, napełniając je magią o niewyobrażalnej mocy. Xan postanawia sama wychować tę niezwykłą dziewczynkę. Kiedy zbliżają się trzynaste urodziny Luny, jej moc przybiera na sile...
Mnożące się dokoła złowrogie znaki wzmagają strach mieszkańców Protektoratu. Jeden z nich postanawia zabić wiedźmę, by uwolnić swój lud od trwającego od lat terroru. Do czego doprowadzić może wiara w zabobony? Jak niebezpieczna jest moc, którą posiadła Luna i jak potoczą się losy Xan, Glerka oraz Fyriana, którzy stali się rodziną dziewczynki?

5. Wojewódzka i Miejska Biblioteka w Rzeszowie idzie na kompromis

Drugi raz w tym zestawieniu pojawia się rzeszowska Biblioteka. Być może ktoś, do którego nie dotarła informacja o możliwości zwrotu wypożyczonych książek, które zbyt długo zalegają w domu, bez przykrych konsekwencji, zajrzy do mnie i zdąży do końca maja wypełnić swój obowiązek w ten kompromisowy sposób.
„Od 2 do 31 maja 2019 r. w agendach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie będą zbierane niezwrócone w terminie książki, generujące dług na kontach czytelniczych.
Po tym terminie Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Rzeszowie będzie realizowała zaostrzone procedury windykacyjne, łącznie z wpisem w Krajowym Rejestrze Długów.”


To tyle jeśli chodzi o kwiecień. A może Wy chcecie podzielić się czymś ze mną? Zapraszam do sekcji komentarzy ;)

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger