[75] Uprzywilejowani. Stroiciele - Ewa Kowalska

[75] Uprzywilejowani. Stroiciele - Ewa Kowalska


Jeszcze nie tak dawno książki polskich autorów omijałam szerokim łukiem. Aż pewnego dnia, z braku lepszych opcji, sięgnęłam po jedną z rodzimych powieści walających się od lat na półce. W tamtym momencie zmienił się cały mój światopogląd dotyczący pochodzenia pisarzy. Od kilku lat staram się nadrabiać zaległości oraz być na bieżąco z nowymi tytułami.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Ewa Kowalska
Tytuł oryginału: Uprzywilejowani. Stroiciele
Data wydania: 25 czerwca 2019 r.
Liczba stron: 256
Kategoria: fantastyka
Moja ocena: 6/10

„Uprzywilejowani. Stroiciele” to drugi tom cyklu „Pakt Trójprzymierza” polskiej autorki Ewy Kowalskiej. Niestety umknęła mi jakimś cudem pierwsza część serii i zostałam rzucona w wir wydarzeń zupełnie nie znając początku historii.

Jeden, z pozoru harmonijny świat został zagwarantowany Paktem Trójprzymierza. Stroiciele tworzą zasady współistnienia, Uprzywilejowani stoją na straży praw, a Pełzaki… są jedynie Pełzakami. Być może świat chciał innego porządku, lecz ludzie stojący na szczycie piramidy zadecydowali zupełnie inaczej. Teraz jednak odwieczny porządek może runąć, a zapobiec temu może jedynie trójka zagubionych nastolatków.

Jak wspominałam wcześniej, nie mogę porównywać tej książki do jej poprzedniczki, ponieważ nie miałam przyjemności jej przeczytać. Myślę, że zupełnie łatwiej byłoby mi zrecenzować „Uprzywilejowanych”, gdybym znała bieg historii poprzedzający wydarzenia opisane w danej książce. Jednak jeśli chodzi o fabułę, to nie miałabym nic do zarzucenia, gdyby nie nadmiar wrażeń. Wiem, jak dziwnie to brzmi, ale naprawdę akcja jest zbyt wartka jak na książkę, która posiada zaledwie 256 stron. Czasami ciężko było nadążyć za tym, co autorka miała na myśli.

Nawiązując do zbyt szybkiego tempa wydarzeń, warto wspomnieć o pewnej niespójności i niezrozumiałości tekstu. Bardzo często zdarzały się momenty, w akcji których brało udział wiele osób. Miałam problem ze zrozumieniem, jaki bohater wykonuje dane czynności, w szczególności, że Pani Ewa Kowalska (nad)używała ogólnych określeń „on zrobił”, „on wypił”, „on pobiegł”… Ale który on? Tego, w niektórych przypadkach, nie wiem do teraz.

Nie mogę jednak powiedzieć, że nie podobała mi się całość zwrotów akcji, ponieważ niektóre były niezwykle zaskakujące i podziwiałam sposób w jaki autorka szokowała czytelnika. Poza tym sam wątek tak oklepanej walki dobra ze złem bardzo przypadł mi do gustu. Niezwykle ujęło mnie to, że muzyka może zwalczyć wiele przeszkód – doszukiwałam się w tym licznych metafor, chociaż podejrzewam, że pisarka nie miała tego na myśli.

Sam zarys fabuły jest niezwykle ciekawy. Powieść jest dobrze skonstruowana, nie ma w niej żadnych luk, do których można by się doczepić. Możliwe, że gdybym wcześniej poznała pierwszą część, to zupełnie nie miałabym zastrzeżeń. Niemały kłopot sprawiali mi też bohaterowie. Nie umiałam ich rozróżnić, a też funkcje, jakie pełnili w ich świecie były zagadką. Dotychczas w większości serii fantasy, z jaką się spotkałam, każda część (lub przynajmniej kilka początkowych części) wspominała ogólny zarys zdolności. Tutaj wędrowałam po książce trochę po omacku.

Duży plus przyznaję za okładkę, która mimo swojej prostoty przyciąga wzrok. Można doszukiwać się w niej związku z fabułą, mimo, że niewiele się na niej znajduje. Poza tym bardzo cieszy fakt, że szata graficzna współgra z pierwszą częścią, mimo że jeszcze jej nie posiadam.

Całość można podsumować bardzo krótko – książka zasługuje na uwagę, ale wiele rzeczy można by poprawić. Istnieją liczne niedociągnięcia, które przeszkadzają w lekturze. Książka jest fajnym przerywnikiem, lecz nie zaspokoi bardziej wymagającego czytelnika.

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.

[74] SI - Stepan Wartanow

[74] SI - Stepan Wartanow


Literaturą science-fiction zainteresowałam się jakiś czas temu, ale przyznam, że nie każda książka z tego gatunku mnie zachwyciła. Dobrym przykładem jest „Księga Joanny”, przy której ogromnie się męczyłam, aż w końcu odpuściłam ją sobie (recenzja). Pomimo wielu pozytywnych opinii, ta konkretna pozycja nie przypadła mi do gustu. Aczkolwiek opis „SI” dawał ogromne nadzieje, że tym razem będzie inaczej.


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Autor: Stepan Wartanow
Polski tytuł: SI
Tytuł oryginału: AI
Data wydania: 25 lipca 2018 r.
Liczba stron: 442
Kategoria: science fiction
Moja ocena: 8/10

Rok 2036. Cztery jednostki Sztucznej Inteligencji wymykają się spod kontroli wojska i postanawiają zostać ludźmi. Przypadkowo SI trafiają do cyberpunka – największego pechowca w dziejach ludzkości. Postanawia on pomóc w planach nowo przybyłych współlokatorów. Jego życie od tego momentu staje się jeszcze większą farsą.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Stepana Wartanowa, ale niezwykle udane. Książka bawiła mnie do łez! Farsa goni farsę, poganianą przez komizm sytuacyjny. A wszystko przez wspomnianego wyżej cyberpunka, którego życie jest istną katastrofą. Oczywiście tylko dla niego, ponieważ my dzięki temu otrzymujemy ogromną dawkę rozrywki. Dziwnym sposobem Bob zawsze znajduje się w epicentrum przykrych wydarzeń. Sam twierdzi, że los go nienawidzi - nie radzi sobie w życiu prywatnym, a jego gospodarstwo wciąż odwiedzają niespotykane wcześniej, nadzwyczajne kataklizmy. Nutkę humoru zapewnia też wątek kryminalny, który dotyczy handlu narkotykami. Przestępców można porównać do pary złodziejaszków z kultowego już filmu „Kevin sam w domu”, więc kolejna doza śmiechu gwarantowana.

Humor jest wspaniałą otoczką dla treści jaką przekazuje książka. Pod grubą powłoką, powieść ukrywa piękne i głębokie przemyślenia. Przemyca ważne wartości, które, gdyby je wyjąć i umieścić w osobnej książce, byłyby doskonałymi odpowiedziami na pytania natury egzystencjalnej. Wszystko, co ważne, zostało ujęte w naukach przekazywanych Sztucznej Inteligencji o byciu człowiekiem. „SI” bawi więc i uczy.

Szata graficzna okładki nie zachwyca, chociaż biorę poprawkę na to, że gatunek sci-fi jest specyficzny pod względem oprawy. Według mnie rysunek samochodu i robota gryzie się z bardzo realistyczną twarzą mężczyzny. Choć oczywiście doceniam fakt, że przedstawiona scena ma ścisły związek z fabułą powieści, to nie jest to sztuka na wysokim poziomie (przynajmniej według mnie).

„SI” zdecydowanie należy do pozycji, które warto znać. Połączenie strony fikcyjnej z realiami naszego świata udało się autorowi doskonale i można było to odebrać jako rzecz naturalną. Świat jaki został przedstawiony w książce prawdopodobnie będzie istniał za kilka lat naprawdę. Świetnie się bawiłam podczas czytania i serdecznie polecam Wam dzieło Stepana Wartanowa.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc.

[73] Podsumowanie czytelnicze Styczeń - Czerwiec 2019 r.

[73] Podsumowanie czytelnicze Styczeń - Czerwiec 2019 r.

Połowa roku już za nami. Za każdym razem, gdy mam pisać podsumowanie, to obawiam się, że zapomnę o jakiejś istotnej informacji. W tym roku postanowiłam zrobić post zbiorczy dotyczący połowy roku, ażeby w grudniu mieć mniej pracy. W takim razie czekają Was łącznie dwa wpisy podsumowujące.


Zacznijmy od przeczytanych książek. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy przeczytałam 18 książek o łącznej liczbie stron 6680 (według wydań, które miałam akurat w rękach). Uważam, że jest to bardzo dobry wynik ze względu na to, że w całym poprzednim roku przeczytałam tylko 21 książek (7 146 stron).

Styczeń:
1. Philip Pullman – „Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury” (recenzja)
2. Jenna Blum – „Portret Rodzinny” (recenzja)
3. J. K. Rowling – „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”
4. Shane Hegarty – „Miasteczko Darkmord” (recenzja)

Luty:
5. Louise Penny – „Zabójczy Mróz” (recenzja)
6. D. B. Foryś – „Tylko żywi mogą umrzeć” (recenzja)

Marzec:
7. K. C. Hiddenstorm – „Krwawy Księżyc” (recenzja)
8. J. K. Rowling – „Harry Potter i Komnata Tajemnic”

Kwiecień:
9. Lavie Tidhar – „Słodycze” (recenzja)
10. Alexandra Bracken – „Mroczne Umysły” (recenzja)
11. Bernhard Jaumann – „Oczy Meduzy” (recenzja)
12. Artur Owczarski – „Droga 66. Droga Matka” (recenzja

Maj:
13. J. K. Rowling – „Harry Potter i Więzień Azkabanu”
14. Marie Lu – „Warcross” (recenzja)
15. Jane Austen – „Czytamy w oryginale. Rozważna i Romantyczna. Sense and Sensibility”

Czerwiec:
16. Maciej Makarewicz – „Atlantycka Konspiracja” (recenzja)
17. Klester Cavalcanti – „Nazywają mnie śmierć” (recenzja)
18. Cornelia Funke – „Atramentowe serce”

Z radością stwierdzam, że w tym roku trafiam na dosyć dobre książki, które czytam z prawdziwym zaciekawieniem. Nie obraziłabym się, gdyby druga połowa roku upłynęła równie przyjemnie.

W tym roku postanowiłam również wziąć udział w Wyzwaniu Czytelniczym serwisu Lubimy Czytać, ale myślę, że najlepiej będzie jeśli podsumowanie tej zabawy opiszę w osobnym poście.

Podjęłam również współpracę z portalem Duże Ka, gdzie co jakiś czas możecie znaleźć pisane przeze mnie recenzje, podpisane moim imieniem i nazwiskiem. Współpraca z Wydawnictwem Papierowy Księżyc nadal ma się dobrze i rozkwita, co bardzo mnie cieszy.

Do tej pory na blogu pojawiło się 24 wpisy z roku bieżącego, z czego 17 było recenzjami, a 4 pochodziły z cyklu „Wyhaczone”. Posty nareszcie dodaję w miarę regularne, zarówno te tutaj, jak i te na fanpage’u na Facebooku.

Aktualnie kończę książkę z gatunku science-fiction „SI” Stepana Wartanowa i mam zamiar zacząć „Gitara i inne demony młodości” – Bogusława Chrabota lub „Uprzywilejowani. Stroiciele” Ewy Kowalskiej.

A Wam jak minęło ostatnie sześć miesięcy? Pochwalcie się w komentarzach!

[72] Atlantycka konspiracja - Maciej Makarewicz

[72] Atlantycka konspiracja - Maciej Makarewicz


Uwielbiam książki w stylu Dana Browna, więc gdy tylko pojawiła się okazja przeczytania powieści z wątkiem dawno zaginionego skarbu, przyjęłam ją z otwartymi ramionami. „Atlantycka konspiracja” Macieja Makarewicza stawia pod znakiem zapytania znaną każdemu historię świata. Być może odkrycie spisków minionych władców zmieni losy przeszłości?


Wydawnictwo: Replika
Autor: Maciej Makarewicz
Tytuł oryginału: Atlantycka konspiracja
Data wydania: 14 maja 2019 r.
Liczba stron: 463
Kategoria: thriller
Moja ocena: 7/10

Rory Fallon – główny bohater – pasjonuje się starodawnymi mapami i wciąż dąży do zdobycia jak największej wiedzy na temat kartografii. Pewnego dnia odsłuchuje dosyć osobliwą wiadomość od dawnego znajomego dom Joao. Rory wpada w wir portugalskich intryg, za którymi kryje się zaginiony skarb templariuszy oraz słynna mapa Padrao Real, która może zmienić bieg historii i granice współczesnych państw.

Przyznam szczerze, że opis książki wydawał mi się bardziej fascynujący, niż jest ona w istocie. Długo zajęło mi wciągnięcie się w lekturę, ponieważ początkowo akcja przeskakuje pomiędzy bohaterami. W dodatku ciężko ich rozróżniać – nie dzieje się z nimi nic na tyle charakterystycznego, żeby zapamiętać kto jest kim, a postaci jest stosunkowo wiele. Autor od razu rzuca nas na głęboką wodę, jeśli chodzi o ilość informacji do przyswojenia.

Sami bohaterowie są dosyć różnorodni i moim zdaniem dobrze nakreśleni. Choć postać samego Joao była lekko naciągana, reszcie nie mam nic do zarzucenia. Dziwił mnie jedynie fakt, jak szybko Rory, wraz ze swoją współpracownicą z przypadku Aną, rozwiązują zagadki i wpadają na kolejne tropy. Nawet najbardziej sprytny człowiek i najsprawniejszy umysł musi się zatrzymać w którymś momencie, w szczególności, że główny bohater jest z pochodzenia Australijczykiem, więc nie mówi płynnie w języku portugalskim, co stanowi niemały problem. A jednak udaje mu się wszystko doskonale zrozumieć mimo początkowo opisywanych problemów lingwistycznych…

Niestety nie dość, że książka przez dłuższy czas nie mogła mnie wciągnąć, to jeszcze naprawdę interesująca zaczęła być dopiero około 250 strony. Co gorsze, pod koniec również opuściło mnie zainteresowanie działaniami bohaterów. Przede wszystkim w powieści dużo jest historii i ważnych faktów. Naprawdę chylę czoła przed autorem za znajomość tylu zagadnień, które wiernie opisywał w swoim dziele. Wiem też, że bez tego fabuła byłaby mało wiarygodna i być może mniej wymagająca. Jednak mnie to nie przekonało tak do końca.

Sama fabuła jest bardzo ciekawa. Z czystym sumieniem mogę nawet powiedzieć, że przypomina to dzieła wspomnianego wyżej Dana Browna, z własnym dla polskiego autora, unikatowym stylem, który bardzo przypadł mi do gustu. „Atlantycka konspiracja” nie jest ciężką powieścią. W słowach czuć lekkość pióra i znajomość opisywanych tematów oraz miejsc. Narracja przeprowadzona jest w świetny sposób, więc pod względem technicznym nie ma na co narzekać.

Podobała mi się jeszcze jedna, niespotykana na co dzień kwestia. Autor pokusił się o opisywanie przeżyć nie tylko głównej części postaci, ale także zobaczyliśmy, co w duszy gra drugoplanowemu najemnemu zbirowi. Nie dość, że jest to poboczna postać, to w dodatku nie jest on prowodyrem przedsięwzięć. W taki sposób mogliśmy mieć kilka wglądów na aktualny stan rzeczy.

Mimo, że książka nie zadowoliła mnie w pełni, wiem że jeśli spotkam kolejną powieść tego autora, to na pewno zechcę ją przeczytać. Nie uważam, że książka jest zła, ale trochę się przy niej męczyłam. „Atlantycka konspiracja” z pewnością dotrze w większym stopniu do osób, które interesują się historią, kartografią albo legendarnymi zaginionymi skarbami.

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.
[71] Nazywają mnie śmierć - Klester Cavalcanti

[71] Nazywają mnie śmierć - Klester Cavalcanti


 „Nazywają mnie śmierć” to książka, która zdecydowanie porusza. Odrobinę straszna, lekko szokująca, ale też pełna emocji – i tych dobrych, i tych złych. Przesycona uczuciami powieść o płatnym zabójcy z Brazylii – Julio Santanie – z pewnością na długo zapadnie mi w pamięć.


Wydawnictwo: Muza
Autor: Klester Cavalcanti
Polski tytuł: Nazywają mnie śmierć
Tytuł oryginału: O Nome da Morte
Data wydania: 24 kwietnia 2019 r.
Liczba stron: 320
Kategoria: reportaż, literatura faktu
Moja ocena: 9/10

Wspomniany wyżej Julio Santana w swoim życiu zabił 492 osoby. Nigdy jednak żadna z ofiar nie została uśmiercona z jego własnych pobudek. Julio zabijanie traktował jak pracę. Jeśli on nie zabije, to zrobi to ktoś inny i zarobi na tym grube pieniądze. Dziesięć zdrowasiek i dwadzieścia „ojczenaszów” -  tyle wystarczy, aby przeprosić Boga za swoje czyny. Wszystkie nazwiska ofiar skrzętnie zapisywał w zeszycie, razem z kwotą, jaką otrzymał za zlecenie. W książce wszystkie nazwiska są prawdziwe.

Klester Cavalcanti – autor tej książki dokumentalnej spędził 7 lat na zbieranie materiałów do jej napisania. Zdobycie zaufania Julia nie było łatwą sprawą. Dodatkowe rozmowy ze świadkami i sprawdzanie autentyczności faktów również zajęły trochę czasu. Dla prawdziwego dziennikarza śledczego nie jest to jednak żadne wyzwanie. Mam nadzieję, że autor poza licznymi, zdobytymi już nagrodami, otrzyma również stosowne uznanie za „Nazywają mnie śmierć”.

Książka prowadzi nas od samych początków „kariery” Julia, czyli od momentu pierwszego zabójstwa popełnionego w wieku 17 lat. Wszystkie opisy są niezwykle realistyczne - osoby o słabych nerwach mogą mieć problem z przebrnięciem przez zakamarki duszy zabójcy, który po pierwszym zleceniu jest zrozpaczony. Solennie obiecuje sobie i Bogu, że już nigdy więcej tego nie powtórzy. Jednak los prowadzi go w zupełnie inną stronę.

Niezwykłe jest to, że opisywana historia mężczyzny jest prawdziwa. Nie ma wymyślonych dat, czy pseudonimów. Długo nie mogło to do mnie dotrzeć i nadal nie wiem, czy na pewno do końca dociera. Książka pokazuje nam losy młodego chłopca - widzimy jak dorasta, doświadcza nowych przeżyć, poznaje żonę i po niemal każdym zabójstwie próbuje skończyć ze swoim zawodem.

Nie jest łatwo być płatnym zabójcą. Ciągłe ukrywanie się, problemy rodzinne oraz ciążące wyrzuty sumienia i świadomość popełnionych grzechów, mimo odmawianej za każdym razem modlitwy. Autor bardzo zręcznie ukazał nam całe brzemię, które każdego dnia niesie na swoich plecach Julio. W ciągu 35 lat pracy został złapany na gorącym uczynku tylko raz i „ma nadzieję, że nigdy więcej mu się to nie przytrafi”. Zadziwiające jest to, że po przeczytaniu tej lektury, poznaniu bliżej człowieka, który przecież zabija za pieniądze, ja również mam taką nadzieję.

Nie wiem, co wpływa na moją ocenę. Być może tylko to, że temat wiąże się z moim wykształceniem? W tej chwili jestem jednak pewna, że ocena bierze się raczej z ogromu przeżytych emocji. Książka mogłaby mieć lepszą, mniej oklepaną okładkę – to fakt. Ale czy to ma znaczenie w stosunku do przekazanej historii? Na pewno nie. Polecam serdecznie „Nazywają mnie śmierć” wszystkim. Książka pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy, poznać płatnego zabójcę, który może być zarazem cudownym mężem i kochającym ojcem.

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Duże Ka.

[70] Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie - Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert

[70] Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie - Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert


Po przeczytaniu „Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy” pokochałam literaturę tego typu. Listy - zwykłe kawałki papieru z odrobiną atramentu układającego się w słowa, czasem z nutą perfum, a jednak tak wiele w nich uczuć. Choć miałam pewne obiekcje co do czytania cudzej korespondencji, to po wspomnianej wyżej lekturze zapragnęłam przeczytać inne tego typu książki. Na pierwszy ogień poszło „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo a5
Autor: Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert
Tytuł oryginału: Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie
Data wydania: 18 kwietnia 2018 r.
Liczba stron: 166
Kategoria: listy, wspomnienia, literatura piękna
Moja ocena: 9/10

Faktem jest, że Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert byli serdecznymi przyjaciółmi. Początki ich znajomości były czysto formalne, zawodowe. Z biegiem czasu znajomość umocniła się. Wspólne doświadczenia, to samo poczucie humoru, wspólni znajomi i podobny zawód. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tych dwoje połączy silna więź przyjaźni. Teraz, po wielu latach mamy możliwość przeczytania prywatnej korespondencji dwójki poetów.

Poznawanie dwójki autorów od strony prywatnej poprzez lekturę ich listów sprawiło mi wielką przyjemność. W ten sposób stają się oni bardziej ludzcy, bliżsi człowiekowi. Niektóre z listów są zwyczajne, relacjonują ostatnie przygody. Inne tryskają humorem, a w następnych wyczuć można tęsknotę. Każdy z nich jest wyjątkowy zarówno dla autorów, jak i adresatów. Czytelnik czuje wszystkie emocje, które przekazane zostały na kartach książki i jest to piękne uczucie.

"Jeszcze niech Pan dośle ten wiersz o cenzorach. 
Spróbować zawsze warto, a nuż się nie połapią. 
Trzeba zawsze mieć zaufanie do głupoty ludzkiej."

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że wygląd wydania nie dorównuje egzemplarzowi „Najlepiej w życiu ma Twój kot”. Zwykła, biała okładka z dwoma „wycinkami”, które nic nie mówią osobie nieznającej jeszcze treści. W środku również mniej jest zeskanowanych listów niż w poprzednio czytanej przeze mnie książce. Moim zdaniem tak fantastyczna tematyka powinna mieć stosowną obwolutę i otoczkę. Obecna wydaje mi się lekko sztampowa, a nawet „grubo ciosana”.

Dużym plusem tego typu literatury jest możliwość przeczytania jej w rekordowym czasie. Szybko przeskakujemy z jednej wiadomości na drugą,choć niekiedy dzieli je kilka miesięcy, albo lat. Nie obyło się oczywiście bez wycinanek, z których znana była Wisława. Za każdym razem podziwiam jej zdolności, poczucie humoru i chęci do tworzenia drobiazgów od serca.

Cóż więcej można powiedzieć? Brakowało mi nazw miejscowości, z których nadawane były wiadomości. O dziwo, ten fakt bardzo negatywnie działał na wyobraźnię. Ale taki mały szczegół nie zaważył na mojej ocenie. Specyfika książki nie pozwala mi oceniać bohaterów ani fabuły. W tym przypadku wszystko jest na swoim miejscu.

Bardzo serdecznie polecam niniejszą pozycję osobom zainteresowanym tematem i fanom twórczości Wisławy Szymborskiej oraz Zbigniewa Herberta.

[69] 10 ciekawostek na 2. urodziny bloga!

[69] 10 ciekawostek na 2. urodziny bloga!


Z okazji drugich urodzin bloga, zainspirowana pytaniami z grup książkowych na Facebooku, przygotowałam dla Was coś innego, być może interesującego, żeby uczcić ten szczególny dzień. Przedstawię tu 10 ciekawostek na swój temat związanych z (a jakże!) literaturą. 

Zapraszam! ;)


1. Zawsze mam książkę przy sobie 

Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez ciężaru książki w torebce lub plecaku. Nieważne czy wybieram się na zajęcia, czy na spacer po górach, książka jest obowiązkowym elementem mojego wyposażenia. A jeśli nie mam miejsca, żeby jeszcze gdzieś upchnąć grube tomisko, zawsze w zanadrzu mam kilka opowiadań w wersji elektronicznej na telefonie, chociaż nie lubię czytać w ten sposób.

2. Nie czytam opisów na odwrocie książek 

Często nawet nie zwracam uwagi na autora. Najczęściej wybieram książki po okładce i tytule lub kieruję się wyłącznie ogólnym zarysem fabuły, gatunkiem książki, albo biorę coś z polecenia (a ta lista jest długa).  Opis wydawniczy czytam dopiero na samym końcu, a czasem dopiero gdy przygotowuje recenzję i nie chcę nic poplątać. Czasem zdarza się, że podczas czytania coś mnie zszokuje lub znudzi na tyle, że zerknę na tylną okładkę, ale zdarza się to bardzo rzadko.

3. Zawsze czytam książkę do końca

Nawet jeśli oznacza to ogromne męczarnie. Nie potrafię odłożyć książki nie wyrabiając sobie o niej całościowej opinii. Zdarzyło mi się zrezygnować z lektury w trakcie czytania jedynie 3 razy (przynajmniej tyle pamiętam) i były to już naprawdę historie według mnie najgorsze z najgorszych.

4. Nie czytam książek, które mają być serią, bez możliwości natychmiastowego przeczytania kolejnych części 

Przeszkodę stanowi też brak możliwości zdobycia następnych tomów. Ostatnio coraz częściej odchodzę od tej reguły, ale czuję dyskomfort, jeśli muszę przeczytać książkę, jeśli następnej części nie ma na półce mojej biblioteczki. Najgorzej sytuacja przedstawia się z „Wiedźminem”. Ostatnia książka z cyklu wyszła długo po tym, jak przeczytałam poprzednie części. Żeby ją teraz przeczytać musiałabym zacząć wszystko od początku, a jak na razie zwyczajnie nie mam na to ochoty ;)

5. Potrafię czytać i oglądać Harrego Pottera na okrągło 

To jest jedyny przypadek, gdzie mogę przeczytać którąś część serii bez kolejki, ale dyspensę dostaje tylko tom trzeci  Więzień Azkabanu. ❤️ Jeśli dostałabym zapas jedzenia, całą kolekcję filmów i książek oraz koc, to mogłabym tak spędzić dobre kilka miesięcy życia i niczego by mi nie brakowało.

6. Zazwyczaj wyznaczam sobie granicę ile minimalnie stron chcę przeczytać w danym dniu lub podczas jednego przebywania z książką. 

Zwykle dotrzymuję swojej obietnicy, najczęściej przekraczam wyznaczoną ilość. Zdarza się, że jeśli jestem zmęczona po całym dniu, to zmniejszam limit o kilka stron, żeby czytanie nie poszło na marne i żebym na następny dzień pamiętała, o czym czytałam.

7. Coraz częściej czytam po kilka książek na raz 

Kiedyś nie mogłam pojąć, w jaki sposób ludzie potrafią to robić, teraz jest to dla mnie niemal codzienność. Najczęściej czytam dwie książki – są to albo dwa różne gatunki, np. kryminał i fantastyka, albo dwie książki z tej samej kategorii, ale jedna jest „cięższa”, druga o lżejszej tematyce. Takie rozwiązanie pozwala mi zmieścić się w wyznaczonych terminach przy współpracach recenzenckich - właśnie z tego powodu zaczęłam tak robić i jak dotąd sobie chwalę.

8. Książki na mojej półce muszą swoje odleżeć 

Nie zdarzyła się sytuacja, żebym przeczytała książkę tuż po jej otrzymaniu lub po przyniesieniu jej do domu. Czasem głupio mi odpowiadać na pytania rodziny i znajomych, czy podobała mi się pozycja, którą od nich dostałam, w momencie gdy wiem, że ten egzemplarz poleży na półce jeszcze dobry rok zanim po niego sięgnę. Nie powinni brać tego do siebie, to tylko moje małe dziwactwo ;)

9. Zupełnie nie przeszkadzają mi spojlery! 

Ktoś może mi powiedzieć, że główny bohater umrze na końcu, a ja i tak z przyjemnością przeczytam całość. Jeśli ktoś zdradzi mi zakończenie, ja będę chciała wiedzieć jak do tego doszło. Nie lubię jedynie streszczania całości fabuły, bo wtedy to żadna przyjemność. Bardzo podobają mi się książki, których akcja jest wywleczona na lewą stronę i właśnie na początku dowiadujemy się co się stało, a przez karty powieści dochodzimy do tego w jaki sposób i dlaczego wydarzenia obrały taki kurs. Jeśli znacie jakieś tytuły właśnie w tym stylu, to poproszę o polecenie.

10. Odprawiam rytuał dla najlepszych przyjaciół

Jeśli książka spodoba mi się naprawdę, ale tak naprawdę, naprawdę mocno, to po jej zakończeniu całuję ją w grzbiet lub tylny, prawy, górny róg. Dotąd chyba nikt tego nie zauważył, ale mam taki swój mały rytuał dla ulubionych książek. Przecież nie można opuścić przyjaciół bez pożegnania ❤️


A Wy macie jakieś swoje rytuały i dziwactwa dotyczące książek? Chętnie dowiem się o Was czegoś nowego, szczególnie jeśli okaże się, że nie jestem chora psychicznie ☺️ Podzielcie się ciekawostkami na swój temat w komentarzach.

Copyright © 2014 Atramentowa Przystań , Blogger